Czar liter kontra czar zmysłów w książce „The Spell of the Sensuous” Davida Abrama
Dziś powędrujemy krętymi ścieżkami rozważań, dla których inspiracją i przewodnikiem jest księga The Spell of the Sensuous: Perception and Language in a More-Than-Human World Davida Abrama, którą to księgę czytałam w jubileuszowym wydaniu Vintage Books z 2017 roku (na dwudziestolecie pierwszego wydania z 1997).

Trudno będzie do tej książki podejść tak prosto z ulicy. Tutaj wskazane jest przyjście z lasu, z głową wyciszoną, oczyma nasyconymi zielenią drzew oraz szarym błotem na rękach.
Odprawmy więc najpierw mały czytelniczy rytuał. Rytuał dedykowany tym z nas, którzy mają mniejsze szanse, aby zestawić dzisiejsze rozważania bezpośrednio z lasem, a większe ryzyko, że zderzymy je z hałasem intensywnie betonowej ulicy.
Niechaj nastanie słynny wdech i głęboki wydech, zwolnijmy, dotknijmy mocno stopami zimnej i mokrej ziemi (tak, wiem - skąd niby mokra ziemia, na której mogę stać boso w środku betonowej dżungli? Pozostaje nam wyobraźnia albo jakaś doniczka po wyschniętym kwiecie; każdy taką ma, mam i ja).
Stojąc na ziemi (lub w tej doniczce), jesteśmy bardziej gotowi do zanurkowania. I uwaga, szykuje się dłuuugie i nuuuuudne nurkowanie w bardzo mętnych wodach. Nikt tutaj nie obiecywał, że będzie ciekawie.
Z tym ostrzeżeniem i czystym sumieniem, a także odpowiednio zrytualizowani, możemy rozpoczynać naszą podróż. Odpinamy pasy.
Powrót do ustawień domyślnych
Odkładamy na bok całą naszą wiedzę, wszystko, co niby wiemy o świecie, wszechświecie i o nas. Odkładamy wszystkie urządzenia, przyrządy pomiarowe, wyświetlacze i wskazywacze. Wszystko, co interpretuje, zwraca jakieś dane i za nas świat rozumie. I uwaga! Nie ma z nami też książek, zapisów, przepisów, przypisów, a nawet długopisów. Żadnych literek, cyferek, znaków i kierunkowskazów, asfaltowych dróg, ostrzeżeń przed zakrętami, złotych klatek ani szklanych domów. Zostajemy my i nasze zmysły.
Stajemy naprzeciwko drzewa, lasu, góry, w strumieniu, na śniegu, na łące, na brzegu oceanu, w kałuży błota, w tropikalnym lesie lub na sięgającym po horyzont stepie.
Na początku może trochę w szoku, przestraszeni, zagubieni. Bo jak się poruszać, jak nawigować, jak zrozumieć, dokąd iść, a gdzie się schować? Skąd wieje i czy będzie burza? Czym jest to drzewo, ten kamień, pająk paskowany, czy warto jeść ten owoc, a może zadzwonić i zapytać mamy? Stoimy coraz bardziej zasłuchani, mocniej się wczuwamy, głębiej przyglądamy.
W oddali błyszczy wielka góra. Nie wiemy, co jest dalej, i wiele dni minie, zanim tam dojdziemy. To, co za nami, to nasza przeszłość, to, co przed nami, to przyszłość. Nie widzę przyszłości dalej niż pozwala horyzont.
Słyszę pajęczynę
Pająka na pajęczynie widzę za to bardzo wyraźnie. Im dłużej patrzę, tym widzę go bardziej. Jest tu tylko on i ja. Tu i teraz. I nic mi nie przerywa. I nikt mi nie mówi, co to za pająk, jakiego gatunku, jaki ma cykl rozwojowy, co je i kiedy śpi. Nikt mi nie mówi, czy mam się go bać, czy zeżre mnie żywcem. Nie ma między nami żadnych pośredników, sprzedawców wiedzy i niewiedzy, tylko moje oczy i te dziwne, jego też chyba, oczy. Wpatrujemy się w siebie, chyba trochę za długo, bo zaczynam słyszeć, bo zaczynam i jego i jego pajęczynę rozumieć.
Tak, proszę Państwa, słyszę pajęczynę i czuję wyraźnie wiadomość, którą na żywo nadaje do mnie jej skomplikowany wzór.
Widzę znaki, w głowie słyszę głos…
Żeby dopełnić szaleństwa, powiem Państwu także, że słyszę nie tylko pajęczynę, ale też jakieś dziwne znaki i symbole zaznaczone czarnym kolorem na białej powierzchni. Znaki, które mam teraz przed mymi oczyma. Tak, tak, nie przesłyszeli się Państwo. Słyszę też znaki. Wszyscy te znaki słyszymy, swoim głosem, w swoich głowach.
Nie ruszamy ustami, nic nie wypowiadamy, ale synestezyjne doznania mamy.(trudne słowo się pojawiło i musiałam się upewnić, czy tak się na pewno mówi, ale wychodzi na to, że jest ok).
No i co, idziemy teraz przeprosić pajęczynę? Przecież widzimy teraz, że usłyszenie pajęczyny to nie jest najdziwniejsza rzecz, jakiej mogliśmy wspólnie doświadczyć. Słyszeć w głowie „szszszszszyyyyyy”, kiedy widzimy jakiś dziwny powyginany znak „sz”, to jest dopiero magia. Pajęczyna się przy tym chowa. Ona jest chociaż trójwymiarowa, nie to, co zapisane na kartce słowa. A jednak do nas mówią. Tak jak kiedyś mówił do nas pająk, mówił horyzont, wiatr, góra, mrówka i lecąca gęś.
Zaczęliśmy, stojąc na zimnej ziemi, a dotarliśmy do słyszenia liter. W ten mocno uproszczony sposób przeszliśmy mały kawałek o wiele dłuższej drogi, przez którą przeprowadza nas swoimi opowieściami David Abram.
W The Spell of the Sensuous próbuje odkryć dla nas na nowo głębię i relacyjną naturę działania naszych zmysłów, a przede wszystkim ich współcześnie uśpiony potencjał. Najpierw jednak pomaga nam dostrzec percepcję samą w sobie, skręcając mocno nie tylko w subtelne jej aspekty, ale też w historyczne decyzje i wynalazki kulturowe, które skierowały ją na obecne tory.
Przykład ze słyszeniem tak bliskiego nam tutaj i dziś alfabetu fonetycznego oraz synestezji zmysłów, jaka temu towarzyszy, chyba najbardziej pomógł mi zrozumieć i poczuć(!) , o jakim trybie komunikacji ze światem, o jakim rodzaju animizmu, próbuje nam opowiedzieć The Spell of the Sensuous. Jakoś tak nagle mnie oświeciło, że faktycznie nie ma nic dziwnego w usłyszeniu przekazu od pajęczyny, drzewa, chmury czy krajobrazu, jeśli słyszę w głowie znaki, litery, a z nich słowa, zdania, wiadomości, proroctwa, ostrzeżenia i objawienia.
Można powiedzieć, że misja Abrama już na tym etapie zakończyła się u mnie jakimś minimalnym sukcesem, bo zjawiska, które próbuje nam opisać, wymagają, aby skonstruować dla czytelnika bardzo precyzyjną i mocno przemyślaną podróż. Podróż, która jest w stanie stopniowo odczarować naszą percepcję, a potem zaczarować ją na nowo, rzucając na nią ten właściwy, pierwotny czar.
Jeśli autor zachęcił mnie do rozmów z pająkami i pajęczynami, to dokonał prawie niemożliwego. Na swój sposób oczywiście te wielonożne stworzenia lubię, ale jedynie w tej wersji, w której nie wykonują żadnych gwałtownych ruchów. Jeśli będą w miarę statyczne, powolutku dobierając splot swej pajęczynki, to możemy gawędzić. (Tylko zaznaczam raz jeszcze: żadnych wyskoków!)
Ale na co komu to potrzebne?
Po co mam stać na zimnej ziemi (dobra, może tym przykładem trochę zniechęciłam), gapić się w jakieś postrzępione, zakurzone pajęczyny i rozmawiać z chmurami, jeśli mogę po prostu sprawdzić pogodę w gazecie lub necie? Po co mam stać w błocie i gapić się na horyzont, jeśli mogę sobie pooglądać zdjęcia i satelitarne ujęcia, siedząc w ciepłych kapciach w ciepłym domu. No właśnie! Te kapcie Abram na pewno kazałby nam porzucić!
Chociaż szczerze przyznam, że nie przypominam sobie, aby autor wyrażał jakieś szczególne opinie na temat obuwia domowego. Chciałam jednak dodać trochę dramaturgii, bo porzucenie naszej wygodnej garderoby nożnej na rzecz wpatrywania się nocą w gwiazdy, (dygocąc z zimna), na pewno wzbudzi pewien niesmak.
A nie-smak to już jakaś namiastka używania zmysłów, więc jesteśmy na właściwym szlaku i tym zmysłowym szlakiem zmysłów będziemy sobie niezdarnie stąpać.
The Spell of the Sensuous zachęca nas do tego i pięknie, i filozoficznie, i antropologicznie, i poetycko. Dobra, i to muszę zaznaczyć: momentami jest trudno, uwaga ucieka, głosy płyną, ale nie z tekstu i literek, tylko prosto z głowy, z pracy, ze szkoły, z ulicy. Ale przecież po to czytamy „nudne księgi”, żeby tę naszą uwagę dzielnie trenować. Więc właściwa okazja nastała.
Rozdział o czasie i przestrzeni w ujęciu fenomenologicznym raczej mnie pokonał i muszę kiedyś do niego wrócić, ale najpierw niech się uleży. Przeszłam ten trudny odcinek aż dwa razy, zaliczyłem kilka wywrotek i chyba potrzebuję jeszcze potrenować, żeby się z nim mierzyć. Mam nawet świętą notatkę, żeby w czystą fenomenologię zagłębić się mocniej, bo do rozważań, które sobie tu prowadzimy, jest bardzo przydatna. I autor o tym mocno przypomina, odwołując się wiele, wiele razy do filozofów z tego nurtu czyli: Edmunda Husserla, Martina Heideggera, ale przede wszystkim Maurice’a Merleau-Ponty’ego.
Na pocieszenie dla samej siebie dodam jednak, że czas i przestrzeń, czy czasoprzestrzeń, w dowolnym ujęciu pokonały już niejednego bojownika o pełne zrozumienie. Ale poddawać się nie mamy zamiaru i tylko na chwilę rozbijemy obóz na tym etapie naszego szlaku, na który uda nam się dotrzeć tylko z Abramem i moją obecną kondycją oraz bez żadnego wspomagania.
Krwiożercze przeszkadzacze
Idąc bez przysłowiowego „wspomagania”, realizuję w pewien (pokrętny) sposób misję książki, bo The Spell of the Sensuous próbuje nam przypomnieć, że to wspomaganie nie jest wcale potrzebne. Wręcz odwrotnie, wszelkie wspomaganie i wspomagacze stające na drodze bezpośredniego, zmysłowego doświadczenia potrafią mocno przeszkadzać. A jak wiemy dziś próbuje nam przeszkadzać wielu natrętów. Wiele rozpraszaczy gorszych od najbardziej namolnego, cicho piszczącego komara, bo skonstruowanych, aby kraść uwagę, przekierowywać i przejmować zmysły, a potem całą resztę. Komar chce tylko ukraść ociupinkę twej krwi (albo dużo ociupinek, jeśli tych komarów jest sporo).
Teraz uwaga, i teraz skupienie! Breaking news: dla Abrama przeszkadzaczem, i to nie takim malusim, tycim, ale znaczącym(!), okazuje się być sam tekst. Tekst, który rozpościera się np. tutaj przed Państwa oczyma…
O tej przeszkadzającej roli tekstu pomówimy za maleńką chwilkę.
Świat więcej-niż-ludzki
Wraz z wydaniem tej książki i jej popularyzacją Abram wprowadził do obiegu pojęcie more-than-human world (ang.), które możemy przetłumaczyć jako „więcej-niż-ludzki świat”. W pierwszym skojarzeniu to „więcej” może sugerować wprowadzenie na salony przybyszów ze światów nadprzyrodzonych. U Abrama takowych bohaterów jednak brak. Animizm opisywany w ten sposób przez Abrama nie odwołuje się do żadnych nadnaturalnych mocy, rzadko nawet wspomina o duszy. To „więcej” to w The Spell of the Sensuous natura i jej własna podmiotowość. Świat nie jest tylko ludzkim tworem. Jest tworzony i przez nas, i przez przyrodę. I powstaje na styku naszej z nią relacji. Relacji, która nie jest relacją przeciwieństw (natura vs. kultura), ale relacją współtworzenia, współpracy, wzajemnego przepływu informacji oraz dążenia do utrzymania równowagi służącej obu stronom.
Magia staje się tu właściwością świata, który rozciąga się przed naszymi oczyma, śpiewa do naszych uszu, muska chłodem naszą skórę, odstrasza dziwnym zapachem. Magia jest wszędzie i nie potrzebuje tajemnych ani mrocznych rytuałów znanych tylko wybranym. Potrzebuje zdolności jej odbioru, a tę zdolność mają od zawsze nasze zmysły. Ich obecne ustawienia uśpiły znaczną część ich mocy. I te ustawienia próbuje zmienić Abram, kierując naszą percepcję na samą percepcję, aby zobaczyć na nowo, że percepcja to także wybór, a na przestrzeni wieków dokonaliśmy takich wyborów, w wyniku których mocno tę percepcję ograniczyliśmy.
Litery jako korytarz luster
To ograniczenie percepcji wcale nie jest spowodowane przez najbardziej współczesne szklane wynalazki, które mamy przed oczyma, czytając ten tekst, w które wpatrujemy się, szukając odpowiedzi (zamiast zapytać drzewa). Abram kopie naprawdę głęboko i kopie uważnie. Chce przecież odkodować prawdziwe, domyślne ustawienia naszej percepcji i pokazać, co najbardziej oddzieliło nas od prawdziwej relacji z więcej-niż-ludzkim światem.
Uczynić to miał… alfabet! Szczególnie ten tutaj, w fonetycznej odmianie, jako system abstrakcyjnych znaków, w których zapisany jest dźwięk, ale nie jest już zapisany świat. Patrząc na litery takiego alfabetu, nie widzę już drzewa, wody, słońca czy groźnego drapieżnika. Widzę tylko znaki, litery, a w tych literach zapisuję siebie, odbijam siebie, czytam swoje odbicia i odbicia innych. Jak w tunelu luster - jeśli nie wyjdziemy poza to, co oferują odbicia, będą mnie i ciebie definiować, oddzielając jednocześnie od prawdziwego i bezpośredniego doświadczania świata.
Literami, znakami rzucamy więc sami na siebie czar (spell, ang.), zamykając się w ich magicznym kręgu. Abram uświadomi nam, jaki jest skutek tego, że literować - to spell - i cast a spell są w angielskim magicznie blisko.
Oczywiście Abram nie namawia nas do rezygnacji z alfabetu i tekstów. Chce nam przede wszystkim ukazać, jak dużą rolę i moc mają literowo-tekstowe zaklęcia. Równocześnie próbuje nam też udowodnić, jaką moc ma zaklęcie rzucane przez zmysły.
Świadomi obu rodzajów magii ubogacamy naszą percepcję i jej możliwości, przejmujemy nad nią ciut większą kontrolę, no i dysponujemy więcej niż jednym zaklęciem, a dla każdej magiczki i każdego maga im więcej tajemnych formuł tym lepiej (chyba…).
Kosmici są na Ziemi
Jak to jest, że wysyłamy nasze okrzyki i historie w kosmos, aby nawiązać kontakt z zielonymi stworami, ale z tymi zielonymi stworami, których tyle mamy wokół, tak mało rozmawiamy? Bo uznaliśmy, że tutaj, na tej planecie, tylko my mamy coś interesującego do powiedzenia. Tylko z nami warto rozmawiać, bo to my jesteśmy w centrum, najlepsi, na szczycie.
Abram przekonuje, że nie ma żadnego szczytu. Jesteśmy w sieci wspaniałych zależności, fascynującej wymiany i tajemnej komunikacji. Jesteśmy częścią, a nie władcą. Składową świata, który nie jest tylko nasz, nie tylko z nas się składa, nie tylko dla nas istnieje. Istniejemy dla siebie wzajemnie i wzajemnie siebie potrzebujemy. Jesteśmy w niego wpleceni, jesteśmy częścią pięknej, kosmicznej i duchowej relacji. To w relacji do tej relacji przez wieki się kształtowaliśmy, to w relacji do tej relacji swoje zmysły rozwijaliśmy, i to za głębią tej relacji tęsknią, zamknięte w gabinecie luster, zmysły.
Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, ale spojrzenie kieruj w dół
Nauczano nas, że wzrok należy podnosić i patrzeć ku górze, ku boskiemu niebu, ku platońskim ideom poznawalnym przecież tylko przez rozum. Ta rzeka tutaj to tylko mizerny cień tej idealnej rzeki tam. To, co „przyziemne”, nie ma wartości. To, co najlepsze, jest tam, w górze, w chmurze, w gwiazdach, w niebie.
The Spell of the Sensuous zachęca, aby to właśnie na tę ziemię, na tę rzekę, na ten las kierować nasze kosmiczne radary (w postaci naszych cielesnych zmysłów, od wzroku zaczynając). I nie po to, aby „czynić ją sobie poddaną”, ale po to, aby być z nią w tej relacji. Relacji, która umożliwia nam pełną i głęboką partycypację w świecie.
Myślę, że jak zawsze chodzi tu trochę o równowagę. Jako istoty zawieszone między niebem i ziemią zapewne potrzebujemy obu spojrzeń (i w górę, i w dół), a Abram przypomina o wartości tego spektrum odbioru świata, którego dostarcza nam zimna ziemia pod stopami i szeleszczące trawy sięgające po horyzont.
Zimna ziemia pod stopami, na której stoimy od początku tego wpisu. Chyba muszę zbliżać się do zakończenia, bo od tego zimna dostanę zapalenia korzonków (!) — testowałam i nie raz dostałam. (Przy okazji teraz sobie zdałam sprawę, jak zabawnie nazywa się to „korzonki”. Nie wiem jeszcze, co z tym zrobię, ale zapisuję, skoro doszłam do tak wybitnej obserwacji).
Lustra najnowszej generacji, czyli obowiązkowa wzmianka o AI
Nie wiem, czy lubię pisać o AI, ale tutaj tak mi się synchronicznie narzuciło w okresie czytania tej książki, więc to sobie i wam zanotuję, bo synchroniczności nie warto ignorować, a w tej, której doświadczyłam, AI wezwało mnie do swojego labiryntu luster.
Tak jak wcześniej już sobie gawędziliśmy (w tym długim i wlekącym się jak ślimak tekście), litery jako symbole, a dalej teksty i zapisane w nich myśli, to takie nasze odbicia i odbicia odbić. AI (LLM) tworzy dla nas na nowo (i na staro) skompilowane lustra (czasem bardzo fajne, a czasem wyjątkowo kiepskie). Zalewa nas nimi w naszym wirtualnym świecie, tworząc bardzo atrakcyjny (choć nie zawsze) i pięknie kolorowy (czasami) gabinet luster najnowszej generacji.
Jednak to tylko w tym lustrzanym świecie działanie AI jest zaklęte. Nasza kochana sztuczna inteligencja korzysta tylko z odbić odbić zapisanych w literach i znakach. Nie wychodzi poza warstwę symboliczną, nie ma dostępu ani do warstwy zmysłów, warstwy imaginalnej, intuicji ani odczuć płynących z oceanu nieświadomości. Pojawia się tylko na etapie już gotowego odbicia. Buduje lustra z naszych luster. Korzysta tylko z tych doświadczeń, które próbowaliśmy od-zwierciedlić w znakach. Nie stoi przy źródle i nie krzyczy z serca, śpiewając plemienną pieśń i wykonując tajne gesty, których znaczenie zna tylko las
…zaznaczmy tylko, że jeszcze(!) nie stoi przy źródle, ale ciekawe, czy kiedyś się przy tym źródle nie znajdzie…Poczujemy, zobaczymy :)
Kończymy, ale sobie obiecujemy,
że od teraz „tu i teraz” ćwiczymy
Dobra, zbliżyliśmy się wielkimi, brudnymi i zabłoconymi krokami do końca. To była oczywiście zbyt długa i zbyt nudna podróż. Taka z kategorii TL;DR, tylko że bez żadnego streszczenia, więc skazana na nieistnienie, a jednak sobie zaistniała, bo bardzo chciała.
Na początku dzisiejszej pogawędki odprawiliśmy mały rytuał, który skończył się słyszeniem głosów wszelakich. Abram zawarł w książce też swój ciekawy rytuał, czyli ćwiczenie, które wytworzył, aby w świecie, który nas od zmysłów odgradza, umieć w jakiś sposób do nich powrócić. Bo sam zaznacza, że o ile jego zmysły otworzyły się na „more-than-human world” w trakcie podróży i pracy z szamanami oraz rdzenną ludnością Indonezji (książkę zaczyna swoimi obserwacjami z Bali), to po powrocie do mocno industrialnej części Ameryki Północnej nie był w stanie do tego typu percepcji powrócić.
W naszym głośnym świecie, który ciągle żyje przyszłością i przed tą przyszłością się zabezpiecza albo na nią czeka, bardzo trudno było mu ustawić zmysły w stan pełnego odbioru tylko tego, co faktycznie jest dla nich dostępne w danym punkcie czasu i przestrzeni, czyli tego magicznego „tu i teraz”.
I tutaj zostaje zadanie też dla nas: jak to „tu i teraz” pojąć, odzyskać i w pełni poczuć? Na stronie 202 swojej księgi Abram opisał tę własną metodę. Warto w książce zwrócić na nią uwagę i popróbować, ale też chyba każdy z nas musi swoje metody wykalibrować. Ja nadal nie do końca rozumiem, co to ma być za stan. Miewam jednak małe przebłyski i pewnie chociaż za nimi warto podążać…✨
Oczywiście książkę The Spell of the Sensuous serdecznie polecam (i przeczytać, i poczuć). David Abram przygotował dla nas takie książkowe danie, którego jeszcze nie dane mi było w takim wydaniu próbować.
Jeśli miałabym wymienić dwie rzeczy, które chciałabym na pewno zabrać ze sobą z tej książkowej podróży, to byłyby to rozważania o alfabecie (tak przecież ogromnie ważne i ogromnie ciekawe, jeśli gawędzimy o książkach). No i oczywiście samo pojęcie more-than-human world, które jest pięknym wytrychem odczarowującym antropocentryczną wizję świata.
Nie byłabym sobą, gdybym jednak nie chciała w wizji świata przedstawianej przez Abrama umieścić jakiegoś chociaż małego, straszącego nad mokradłami duszka. Ale takiego subtelnego, takiego na chwilę, duszka-nie-duszka, nie wiadomo.
I myślę też, że wcale niegłupim pomysłem byłoby, aby połączyć wizję Abrama z dajmoniczną wizją Patrika Harpura, o której sobie coś tam marudziłam w poprzednich dywagacjach o dziwacznym tytule: „Dajmonic Reality”.
Czy dałoby radę te światy wymieszać? Bioróżnorodność przecież jest potrzebna, ale czy dajmoniczne świetliste istoty nie byłyby gatunkami inwazyjnymi w zaczarowanym świecie zmysłów? Może kiedyś się w taką zabawę łączenia tych dwóch wizji pobawię!
Dziś jednak bez mieszania! I serdecznie dziękuję Panu Davidowi Abramowi za podróż i inspiracje, których mi dostarczył.
Teraz chyba naprawdę czas zacząć odwiedzać las częściej. Najpierw, aby się odczarować z literek i światełek migoczących przed oczami, betonu, hałasu i szkła, a potem zaczarować zmysły na nowo. Zauważyłam, że takie podstawowe odczarowywanie zajmuje mi ok. 6 km intensywnego marszu, ale do zaczarowania to chyba muszę potrenować więcej…
