„Kod duszy”- James Hillman prowadzi nas na spotkanie z dajmonem
Odświeżająca (ale mrocznie i mgliście). Gdybym musiała ograniczyć się do tych kilku słów, tak właśnie wyglądałby opis wrażeń po przeczytaniu książki Jamesa Hillmana Kod duszy. W poszukiwaniu charakteru człowieka i jego powołania. Na początku tego roku odświeżyłam ją więc po raz kolejny.
Do odświeżenia odświeżającej książki zachęciło mnie stwierdzenie jednej z osób bardziej mi nieznanych, która rzekła, że rok 2026 ogłasza u siebie rokiem dajmona. Rokiem poznawania go i wsłuchiwania się w to, co ma do powiedzenia. Przemówiło to do mnie na tyle, że przebyłam raz jeszcze książkową drogę w poszukiwaniu tajemniczego kodu duszy. Kodu, który na swój unikalny sposób rozszyfrowuje Hillman w wydanej w 1996 roku księdze (rok polskiego wydania to 2018).

Uwalniająca
Podejście Hillmana1 przydaje się chyba najbardziej wtedy, gdy jest duszno, ciasno, gdy coś nam się nie zgadza, gdy porady, które u innych działają, u nas się nie sprawdzają. Gdy zamiast układać nasze zabawki do uporządkowanych pudełek, trzeba je gwałtownie rozrzucić i zobaczyć na nowo (albo z gracją wyrzucić przez okno).
No właśnie – wyrzucić. Bo gdybym miała dodać drugie słowo opisujące tę książkę, to dodałabym „uwalniająca”. Propozycje Hillmana na pewno uwalniają. Uwalniają od tego ciągłego dążenia do zmiany siebie, poczucia winy, ulepszenia, ciągłego wzrostu w górę. Hillman dla odmiany każe wzrastać w dół. I wiele konceptów, sposobów myślenia tak odwraca.
Pokazuje np. ścieżki myślenia teleologicznego. Czyli sugeruje, aby nie zastanawiać się tak bardzo nad tym, dlaczego taka, taki jestem (jaka jest tego przyczyna), ale po co taka, taki jestem: jaki jest tego cel, jaki głębszy sens, jaka głębsza życiowa misja się za tym kryje.
Przede wszystkim jednak Hillman wprowadza na scenę duszę, głos serca i powołanie. I nie występują one tutaj jako romantyczne upiększacze. Grają zdecydowaną rolę potężnych, pierwszoplanowych postaci. Oczywiście o ile im na to pozwolimy.
Naszym wolnym wyborem jest o nich zapomnienie, a ich świętym obowiązkiem o sobie przypominanie.
Dobra, zapominanie zapominaniem, ale o co chodzi z tym dajmonem? Kim on jest i czy trzeba się go bać?
Dajmon pomaga od-zapominanać
Zaczynając od końca. Nie, nie trzeba się go bać (podobno). Ani to postać dobra, ani zła (chociaż Hillman przyjrzy się też ciemnemu aspektowi dajmona). Potrafi być trudny w obyciu, jeśli jest to konieczne. Celem tu nie jest sama trudność, ani też łatwość. Celem jest zrealizowanie misji, powołania, drogi życiowej.
Dajmon (czasem spotykany jako gr. daimon lub łac. daemon), o którym przeczytamy u Hillmana, ale wcześniej także m.in. u Platona, to rodzaj przewodnika, to aspekt duszy wyznaczający jej kierunek w trakcie ziemskiej wędrówki. To wewnętrzne powołanie, to głos serca łączący nas ze światem bogów, ze światem, z którego tutaj przybyliśmy.
Przed wcieleniem się w życie ziemskie napiliśmy się jednak wody z rzeki zapomnienia (rzeki Lete według platońskiego mitu Era) i zapomnieliśmy o naszej przed-ziemskiej egzystencji, o celu naszego przyjścia tutaj i o tej naszej, własnej, prywatnej i osobistej misji.
Dajmon jednak pamięta. Pamięta i rzekę i to, co było przed nią.

Od-zapominać – to moje niezbyt językowo poprawne nawiązanie do greckiej anamnezy (przypominania). Bardzo lubię to „od-zapominać”, od kiedy nabrało dla mnie nowych barw w kontekście dajmona, więc może mi się zdarzyć jego nad-używanie. I z góry nie przepraszam, bo kieruje ono przecież uwagę na to, co i piękne, i ważne.
Okazuje się przecież, że my już wszystko wiemy, że całą potrzebną wiedzę w sobie mamy, a to, co robimy na tej ziemi, to tylko (tylko?) odzyskujemy pamięć.
Żeby od razu sprostować, co tutaj jest moją obsesją, a co Hillmana, wyjaśnię, że akurat tego słowa (odzapominanie/anamneza) autor w książce nie (nad)używa. A jeśli mnie pamięć nie myli, nie używa go wcale. Hillman zdecydowanie ma swoją obsesję, ale trochę inną. Są nią nasze wesołe żołędzie.
I myślę, że dobrze się dzieje, że ujmuje to wszystko w taki właśnie obraz-symbol. Po pierwsze jest bardziej dostrzegalny, a po drugie i trzecie chyba łatwiejszy do przyswojenia i zapamiętania niż abstrakcyjna i nie tak językowo powszechna anamneza.
Tylko co w gruncie rzeczy Hillman robi z tymi żołędziami?
Obraz w żołędziu zaklęty
Można rzec, że w żołędziu zamyka dajmona.
Tak, wiem, robi się dziwnie i jeszcze dziwniej, ale spróbujmy przez to przejść.
Otóż Hillman proponuje nam przyjęcie takiego oto założenia, że każdy z nas ma w sobie zapisany pewien obraz, pewien cel, pewną drogę, pewną misję, pewien charakter, który w ziemskim życiu przyszedł się wyrazić. Ten cel, ten obraz porównać można do pięknego drzewa (dębu), które zapisane jest w żołędziu. Celem żołędzia jest rozwinięcie się w najpiękniejszą wersję obrazu (drzewa), który w sobie nosi. Nie ma się stać sosną, wierzbą, udomowioną paprotką czy jakimkolwiek innym zielonym stworem, drzewem, krzewem czy grzybem, na który akurat jest zapotrzebowanie na rynku.
Według Hillmana tylko realizując i rozwijając nam właściwy i dla nas unikalny obraz, mamy szansę na spełnione, satysfakcjonujące życie. Niekoniecznie oznacza to życie łatwe, ale życie zgodne z przeznaczeniem, czyli życie takie, które daje nam szansę posmakowania eudaimonii (eu-dajmonii).
Eudaimonii, czyli spełnienia, satysfakcji, spokoju ducha. Nawet w trudzie, trudności, ciężarze. Bo trud, trudność, ciężar smakują inaczej, gdy służą realizacji tego właściwego obrazu, gdy służą rozwojowi tej właściwej korony, służą ugruntowaniu się we właściwej glebie i wyciąganiu gałązek i liści w kierunku właściwego słońca, tworząc przy okazji zdrowy cień, ochronę i mikroklimat potrzebny też innym. Nie tylko my, ale też świat (ludzki i ten więcej niż ludzki) korzysta z tego, jeśli rozwijamy w życiu właściwy obraz, właściwe drzewo, jeśli jesteśmy wykonawcami własnej misji, płyniemy w dla nas przeznaczonym kierunku.
Nie ma jednego słownika. I dobrze
Posługując się terminologią Hillmana, wszystko to nazywamy dumnie „teorią żołędzia”, a po angielsku acorn theory. I nie ukrywajmy, po angielsku to brzmi chyba trochę lepiej. U nas trzeba dodatkowo uważać na właściwą wymowę i poprawną odmianę. Tak na wszelki wypadek, żeby nam się owoc dębu nie zagubił po drodze.
Czy po polsku, czy po angielsku, nie musimy ograniczać naszego słownika tylko do tego określenia, bo jak sam autor zaznacza, ten żołądź (acorn) nazywany był i jest bardzo różnie: przeznaczenie, powołanie, los, geniusz, wewnętrzny obraz, charakter, głos duszy, głos serca, anielski przewodnik, wewnętrzny bliźniak, no i oczywiście dajmon. Wszystko to, co symbolizuje wewnętrzną inspirację, wezwanie, powołanie, tęsknotę duszy, pamięć duszy o czymś więcej, o czymś ponad, wszystko to, co nakierowuje, jak magnes przyciąga lub odpycha, bo przed czymś ostrzega.
Nazw i określeń nigdy nie za dużo, zwłaszcza jeśli mowa o czymś tak nieuchwytnym. Bo nikt chyba dajmona, duszy, głosu serca, anielskiego wezwania, anielskiego śpiewu nie uchwycił, nie nagrał, nie zebrał dowodów, że istnieją. Nie dziwi więc, że nie udało nam się przez wieki i kultury wypracować dla tej koncepcji jednej nazwy. Ale takie niejednoznaczności lubimy najbardziej (czy pisząc to w liczbie mnogiej, mam na myśli siebie i…?).
Miejmy więc nadzieję, że zamieszanie pojęciowe będzie trwało nadal, bo chyba o tej grze z dajmonem trochę chodzi, że tu nigdy jasności i klarowności nie będzie i być nie powinno.
Stare dęby przypominają
Jasności i klarowności nie będzie, ale żołędzie istnieją i czasem boleśnie spadają na głowę. Są też mocno widoczne, gdy zasypują pobliski skrawek trawnika. Stare dęby na szczęście nie są tak łatwe do usunięcia i nawet w betonozie dumnie zaznaczają okupowane od kilku wieków miejsca. I miejmy nadzieję, że ten cały beton przetrwają.
I naprawdę nie wymyślam tu na potrzeby tej opowieści, ale dość często, gdy teraz z dębami i żołędziami się spotykam, a cudownym zrządzeniem losu mam je w swoim wyjątkowo nie-zielonym otoczeniu, to o hillmanowskich koncepcjach sobie przypominam.
A wspominam o tych spotkaniach też dlatego, że ostatnio bardzo doceniam wszystkie wizualne przypominacze. Ale tylko te dotyczące spraw naprawdę ważnych, takich jak „kawa na wynos” no i teraz dajmon reprezentowany przez dąb.
Rozłożysty dąb trudno przegapić, a te w mojej okolicy są tak piękne, że o uwagę prosić nie muszą.
Inaczej jest z naszą duszą.
Nie zawsze ją zauważamy, jeśli w ogóle jej istnienie zakładamy.
Dajmon ją jednak zna i we właściwą stronę nas radośnie pcha.
Tak, pcha, bo z reguły jest to przepychanka i mocowanie. Tak jak na tej oto rycinie2 poniżej.

Nasza misja nie zawsze jest łatwa i nie zawsze chcemy ją posłusznie realizować, ale podobno jest to jedyna misja warta przechodzenia, bo wypływa z naszego prawdziwego rdzenia.
Na prawie koniec - ćwiczenie praktyczne
Wracamy do dzieciństwa i wyciągamy zabawki z pudełka
Podobno najbardziej ujawnia się w dzieciństwie. Wtedy jesteśmy z nim w najlepszej łączności. Łączności niezakłóconej tak bardzo przez oczekiwania rodzinne, społeczne, kulturowe.
Oczywiście jako dorośli też słyszymy i widzimy jego nawoływania, podszepty, poszturchiwania, podpowiedzi, tęsknoty, sny, synchroniczności oraz szczęśliwe i nieszczęśliwe zbiegi okoliczności. Jednak w tym samym czasie już więcej głosów i opinii w naszych głowach gra, a na scenę pcha się milion innych „ważnych” spraw.
Może warto więc czasami wracać do dzieciństwa i tam szukać swoich najsilniejszych fascynacji, obsesji, pierwszych, zabawnych pasji. Przypomnieć sobie to, co nas najbardziej, tak z serca, interesowało, na co zwracaliśmy uwagę, jak rozumieliśmy rzeczywistość. Spojrzeć raz jeszcze na ulubionych bohaterów książek, bajek, ulubione zabawki. Ale takie prawdziwie prawdziwe, bo prawdziwie ulubione. Takie, które nasze dziecięce serca i dziecięcą fantazję głęboko poruszały.
I choć na chwilę potraktować te marzenia, fantazje, fascynacje na serio. Przyłożyć do nich dorosłe szkiełko i oko i w ramach eksperymentu myślowego, potraktować je jako materiał analityczny. Jako puzzle, po których ułożeniu zobaczymy zarys naszego dajmona.
A tak przy okazji to bym się zastanowiła (i właśnie to robię), co pojawia się przed oczyma, gdy słyszę słowo „dajmon”?
W odpowiedzi na to pytanie mam w głowie zarys cienia podobnego do Yeti… Hmm, może nie będę się nad tym cieniem rozwodzić, bo chyba moja wyobraźnia za bardzo nie popisała się tu obrazowaniem godnym pochwał. Ale jeśli ma być to Yeti, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko szukać śladów dużych stóp. Dobrze, że w tym roku pada śnieg, mam większe szanse w końcu tę postać odszukać i może pogadać o tym żołędziu, dębie i o tym, jak to wszystko poskładać w jakiś las.
Las różnych drzew
I jak już o lesie mowa, to przypomniał mi się cytat, na który ostatnio w cyfrowej przestrzeni natrafiłam (wklejam na zakończenie).
Niezależnie od tego, czy pomyślimy o dajmonie bardziej na serio, czy może tylko na chwilę, w ramach zabawy albo małego eksperymentu, to moim zdaniem perspektywa zakładająca w ogóle możliwość istnienia czegoś takiego jak głos duszy wnosi do naszego życia coś naprawdę wartościowego. Wydaje mi się, że wnosi większą ciekawość i wyrozumiałość.
Najpierw pojawia się większa ciekawość samego siebie i swojej własnej drogi, a wraz z nią większa wyrozumiałość dla siebie. Bez jej ciągłego oceniania, poprawiania, krytykowania. Potem większa ciekawość innych i może też więcej wyrozumiałości dla nich. Zobaczenie tego, że idąc pozornie obok siebie, bardzo często realizujemy mocno różne misje. Różne mity, różne fascynacje i cele nami miotają i różne dajmony się z nami o to wszystko spierają. Ani lepsze, ani gorsze, po prostu inne. Ja idę (chyba) po śladach Yeti w śniegu, a ktoś szuka śladów złota w rzece, wypatrując drogi do diamentowego zamku. Być może każdy słyszy trochę inny wiatr, ale razem tworzymy ciekawy las.


Ruiny świątyni w Dodonie (Grecja), gdzie to wiatr i szelest liści świętego dębu był natchnieniem i źródłem przepowiedni.
Wspomina o tym miejscu Hillman, gdy na zakończenie książki dość szeroko wyjaśnia „dlaczego żołędzie i dęby”.
Chaotyczne łączenie książkowych kropek, bez ładu i składu
Zdecydowanie tę sekcję można pominąć, ale ja muuuszę ją dodać, bo mnie Ananke wzywa. Ananke, czyli bogini konieczności i przymusu, którą w „Kodzie duszy” też poznajemy. Dajmoniczne sprawy i „konieczność” idą zdecydowanie w parze.
W jednym z poprzednich odcinków „nudzenia się z książkami”, odbywaliśmy dość nietypową wędrówkę po lasach i mokradłach zaopatrzeni w „Daimonic Reality: A Field Guide to the Otherworld” Patricka Harpura.
Spróbujmy więc na sam koniec końca (po napisach i jak już światła w kinie zapalają), połączyć kropki i określić jak niby mają się do siebie te dwie książkowe wizje:
- dajmoniczna rzeczywistość opisywana przez Harpura
- osobisty dajmon, opiekun, pośrednik, którego dziś nam przedstawiała książka Hillmana

Dla własnej wygody, a przede wszystkim dla własnej sławy, zacytuję sama siebie ,prezentując fragment wcześniejszego artykułu:
Dajmon rozumiany jako przewodnik jest czymś wewnętrznym, jednostkowym, oddziałującym w obrębie psyche pojedynczego człowieka jako głos duszy, jako głos serca.
I właśnie tutaj Patrick Harpur wprowadza swoje zamieszanie, bo wyprowadza tego naszego wewnętrznego dajmona na zewnątrz. Tym samym dajmoniczna siła nie istnieje już tylko w nas, ale staje się czymś, co przenika całą rzeczywistość. Staje się właściwością rzeczywistości – warstwą tajemniczą, liminalną, ulotną, graniczną, nieuchwytną, albo uchwytną, ale tylko na chwilę. To, co dajmoniczne zawsze czai się gdzieś z tyłu i skrada się powoli albo błyskawicznie, ale nigdy bez powodu, nigdy bez znaczenia.
Tak więc, u Patricka Harpura dajmon idzie sobie niejako w świat. Nie króluje już tylko w naszym jednostkowym, wewnętrznym świecie, ale wychodzi na spacer i wykorzystuje szerszy arsenał środków, aby się z nami porozumiewać i mocować.
Obie księgi oczywiście polecam!
Jeśli Hillman wcześniej nie pojawił się na waszej czytelniczej ścieżce, to aby zapoznać się z jego podejściem i charakterem (rebelianckim i niepozbawionym kontrowersji), zachęcam do lektury bardzo ciekawego artykułu Tomasza Stawiszyńskiego, opublikowanego w 2011 roku w magazynie Taraka, pt. O Jamesie Hillmanie (1926–2011).
Rycinę tę już spotkaliśmy na okładce książki Patricka Harpura „Daimonic Reality: A Field Guide to the Otherworld”.