🥚 Konkurs na najnudniejsze
Przypomnienie i ostrzeżenie: znajdujemy się na terenie i w wymiarze zarządzanym przez Kryształową Kurę. Ona władzę tu sprawuje i wszystkimi dyryguje. Posłusznie jej wolę realizujemy, nawet jeśli cringe czujemy. Tak wielka jest kurza moc, że nie skryje nas przed nią nawet ciemna noc.
Do śledzenia kurzych przygód wszystkich zapraszamy, ale jeden warunek regulaminu wrzucamy: wszelkie poważne oczekiwania na wejściu porzucamy.
Niczego tu mądrego nie nauczają, a wręcz trochę ogłupiają (i świadomość tego mają ;)
W ramach dzisiejszych kryształowo-kurzych rozważań przybywamy z ideą „konkursu na najnudniejsze coś”.
Nuda za nami nieustannie krąży i w przestrzeni kryształowego kurnika też gości. Chyba nikt nie zakłada, że wysiadywanie jajek jest ciekawe.
Pewnie wypadałoby na wstępie głębiej pofilozofować, zastanawiając się wnikliwie, czym nuda jest, czy bycie znudzonym to to samo, co robienie czegoś nudnego.
Mądrzenie się i filozofowanie jest jednak w tym kurniku surowo zakazane.
Goniła was kiedyś napuszona, wściekła kura? No właśnie, więc nie polecam kurzych zakazów łamać i w jakieś pogłębione filozofie się wdawać.
(Jednak po cichu przyznać musimy:
Kura czasem sama dziwne morały sprzedaje,
ale skrywa je pod warstwą kryształowego pierza,
zawsze udając, że nic złego nie zamierza.)
Dobra, morały morałami, ale co z tym konkursem i wysiadywaniem jajek?
Tak, mamy konkurs na „najnudniejsze cokolwiek”.
Oczywiście konkurs ten nigdy nie zostanie oficjalnie ogłoszony i nagrody nie zostaną rozdane. Brak środków, komisja na pewno nie dojedzie i nikt do konkursu się nie zgłosi, ale pofantazjować zawsze można.
Fantazji w kurniku jest bez liku. I za to akurat nikt dziobał nie będzie.
Kto i co mogłoby wystartować w takim konkursie?
Niech za przykład kandydata w konkursie posłuży nam nasza piękna historia o umiejętnym łączeniu rozrywek, tak aby nudy posmakować głębiej.
A tytuł tej epickiej opowieści to „Z wielką ciszą po dużym hałasie”.
Historia ta zaczyna się dawno, dawno temu, za górami, za lasami, gdy nasz drogi bohater układa sobie plany weekendowe. I plany te obejmują: sobota – wydarzenie o charakterze imprezy (bardzo głośnej), na w niedzielne popołudnie: kino. Akurat w rozkładzie mamy „Wielką ciszę”, to niechaj będzie.
Teraz widzimy bohatera już w tym kinie, a na ekranie przed nim i wokół niego faktycznie nic innego, tylko wielka cisza i „Wielka cisza”.
Tak dla zobrazowania kontrastu pomiędzy wydarzeniami z poprzedniego wieczoru a tym, co bohater przeżywa teraz, wyjaśnię, że „Wielka cisza” jest filmem trwającym 162 minuty i każdą minutę głęboko w nim odczuwamy (proszę nam zaufać). Film ten dokumentuje życie zakonników we francuskich Alpach i praktycznie pozbawiony jest dialogów1.
I kino, w którym bohater teraz siedzi, też przypomina odosobnienie, bo jest prawie puste. I zagłuszają tę pustkę tylko mentalne echa hałasów poprzedniego wieczoru oraz jednoczesne poczucie, że przez 162 minuty nie uwolni ani od tej ciszy, ani od tego niewygodnego fotela. Z fotelem stara się więc zaprzyjaźnić, testując wnikliwie najdziwniejsze pozycje.
Serdecznej przyjaźni jednak nie udaje się nawiązać, fotel (a raczej okrutne krzesło) cały czas sztywno trzyma się zasady, że musi być niewygodnie.
Film się skończył, a obolały bohater niezwłocznie do wyjścia pobiegł i rozsmakował się w hałasie i świetle ulicy. O filmie rozmawiać nie chciał, ale o wszystkim innym już bardziej.
Spektakularnego morału z nudnych historii raczej nikt nie oczekuje (na pewno nie od razu – od razu chce się co najwyżej o nudnej historii zapomnieć).
W żaden sposób nie chcemy tą historią nic złego powiedzieć o tym filmie (ani o tym fotelu w krześle zaklętym).
Zresztą Kura by nas mocno strofowała za jakiekolwiek przejawy krytyki pod adresem tej filmowej opowieści, bo jest nie tylko wielką fanką tego dzieła, ale też dumnie twierdzi, że to dzięki niej szesnastoletnie oczekiwanie na uzyskanie zgody na nakręcenie tego filmu zakończyło się sukcesem.
Pewien fakt w tym ostatnim zdaniu jest zmyślony, ale szesnaście lat to prawda (podobno).
Czy historia o spotkaniu z „Wielką ciszą” wygrałaby nasz hipotetyczny konkurs?
Obstawiam, że niestety nie, ale oznacza to, że podium jest nadal wolne, a bramy kariery stoją otworem przed wszystkimi uzdolnionymi projektantami nudy.
W pogoni za alchemiczną nudą niechaj wzorem będą dla nas matki kury lub samce pingwinów (ojcowie pingwini?2). Albo ktokolwiek, cokolwiek innego, co nudę dzielnie kultywuje i swoją wersję transformującej alchemii przy tym aplikuje.
Po chwili refleksji stwierdzam, że przykład z pingwinami i ich jajkiem to sytuacja dość skrajna. I nie wiem, czy faktycznie nudna. Jak poczytałam, jak one dokładnie te jajka wysiadują, to nie wiem, czy chciałabym akurat w takich warunkach się nudzić.
Może więc szukajmy nudy w klimacie umiarkowanym. Umiarkowanie jest nudne z zasady. A żeby było jeszcze bardziej swojsko, zostańmy w naszym nudnym, lokalnym kurniku, obok naszych lokalnych jajek.
Zapewniamy, że to nie lokowanie produktu, choć aktualne okoliczności przyrody by takiemu lokowaniu mocno sprzyjały.
No i w ramach końcowego paradoksu wyjaśnimy, że choć dziś tu nudę i jej magiczne właściwości gloryfikujemy, nasz Kura mocno dba o to, żebyśmy jednak się nie nudzili (tak całkowicie i zupełnie).
Dała nam bowiem nowe, nieambitne zadanie czyli „za czarną Kurą podążanie”
*ktokolwiek więc dysponuje informacjami o czarnej kurze (szczególnie tymi książkowymi), proszony jest o ich niezwłoczne ujawnienie

2 chyba po raz pierwszy w życiu użyłam tej formy, więc czuję się niepewnie, ale Kura twierdzi, że tak jest w porządku…