Przeoczyć, żeby zobaczyć więcej mocy w Miejscu Mocy

Przeoczyć, żeby zobaczyć więcej mocy w Miejscu Mocy

Przedstawiamy opowiastkę o wizycie w miejscu mocy, o mocach tam odnalezionych i elementach przeoczonych.

Jest to też zapowiedź małej serii, roboczo zatytułowanej „moc miejsc”. Taka zapowiedź brzmi poważnie, ale to tylko pozory, bo nie jest to seria mocno na serio i nie jest wyryta w kamieniu.

Tak, o kamieniach też będziemy wspominać, ale na końcu i w formie apelu.

A czego dziś nie będzie? Książek. Otóż skupimy się tylko na relacji z części terenowej i mocach tam napotkanych, a zgromadzone w ramach „myślenia o miejscach” księgi będziemy sobie na spokojnie i pooowoli analizować w ramach kolejnych nudnych przystanków.

Dziś opowiemy (nieskładnie) o tym, jak to się zaczęło. Jak się zaczęło u nas, mam na myśli. Bo jak się zaczęły miejsca mocy, to nie mam pojęcia.


Dawno, dawno temu, czyli jesienią ubiegłego roku, odwiedziliśmy po raz pierwszy Białowieżę. Punktem centralnym, kluczowym i najważniejszym tej ekspedycji miało być odwiedzenie zakątka, który został tam dumnie nazwany Miejscem Mocy.

Oczywiście chciałam się na tę wyprawę troszkę książkowo przygotować. To „troszkę” skończyło się skromnie przytłaczającym stosikiem publikacji różnego typu. Publikacji nie tyle o samej Białowieży, ile raczej próbujących analizować i wyjaśniać nasze relacje z miejscami ogólnie i z miejscami mocy też.

Ten mój nudny i żmudny stosik (czyli spełniający wszystkie założone tutaj standardy) będziemy potem składać w książkowy krąg mocy. Zgodnie z wymyślonym teraz, na poczekaniu, hasłem, że z „nudy rodzi się moc”.

Zaznaczam jednak, że stosik* nadal ewoluuje i pewnymi głazami dość przytłacza, więc budowanie z niego kręgu pewnie trochę potrwa. Nie od razu Stonehenge zbudowano, więc na stworzenie naszej budowli megalitycznej też musimy trochę poczekać.

* Zdjęcie stosiku w jego aktualnym kształcie do wglądu na końcu.

Ale co z tą mocą?

Zacznijmy więc od narzucającego się pytania: czy faktycznie istnieją miejsca o specjalnych właściwościach, że las lasowi nierówny, a góra z górą się nie zejdzie? A może nie wystarczy sam las, sama góra czy jaskinia? Może musimy odpowiednio coś tam pozmieniać i ułożyć kamienie w dziwnych konfiguracjach? Oczywiście tak, żeby przetrwały wieki i trzymały synchronizację z odległymi gwiazdami (łatwizna). Kamienie muszą być wielgachne i koniecznie muszą zostać przytargane z oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów skał (znowu łatwizna). I jeszcze mają mieć właściwości akustyczne, ujawniające się tylko ekspertom, i bezwzględnie muszą rzucać poprawny cień w ten właściwy dzień.

A może wystarczy tylko usiąść pod drzewem i niczego nie trzeba targać?

I jak to wszystko przekłada się na nasze miejsca bardziej codzienne? To, co nas otacza i w naszą percepcję się wprasza. Na ile my jesteśmy tego kreatorami, a na ile to my przez miejsca (ich moc i niemoc) jesteśmy kształtowani?

Czym jest więc ta moc? Czy to moc miejsca, kamienia, ziemi, skał, podziemnych rzek, dzwonu w wieży, kryształu na półce, obrazu na ścianie, kształtu budynku? Czy jest tu z nami od tysiącleci i tylko prosi się o odkrycie lub skonfigurowanie? Czy może tworzy się dopiero w interakcji, jaka między nami a przestrzenią powstaje? I wtedy jest to moc moja, twoja, a potem nasza, wspólna?

Czy na podobnej zasadzie istnieją też miejsca niemocy? Nie mówię tutaj o tych betonowych, głośno przeszklonych i jaskrawo oświetlonych, bo tam niemoc odczuwa się natychmiast.

Nawet jednak na przykładzie białowieskiego miejsca dowiadujemy się, że nie wszystkim się ono podoba. Niektórzy powiedzą, że szkodzi, że jest złe, że lepiej je omijać.

Współczesne narodziny miejsca mocy

Białowieskie uroczysko nie jest jakoś „instagramowo” ukształtowane. Nie krążą też o nim stare legendy. Przynajmniej my do zbyt wielu opowieści nie dotarliśmy. Nie wiem nawet, czy ktoś przed rokiem jego współczesnego odkrycia (1993) uważał to miejsce za wyjątkowe.

Wygląda na to, że uznano je za takie całkiem niedawno. I od tego niedawnego czasu przyglądamy się rosnącym tam poskręcanym drzewom i próbujemy poczuć moc kamieni wyłaniających się nieśmiało z ziemi.

I dzięki temu, co wiadomo, i pomimo tego, czego jeszcze nie wiemy, uważam, że ta przestrzeń jest dla naszej serii pogawędek idealnym punktem startowym. Dlaczego? Ponieważ pokazuje współczesne narodziny miejsca mocy.

Uroczysko “Miejsce Mocy”, znak

Odkrycie, nazwanie i mocy czerpanie

Jak czytamy na stronie „Encyklopedia Puszczy Białowieskiej”, w artykule „Miejsce Mocy w oddziale 495”1 , miejsce to zostało odkryte przypadkiem w styczniu 1993 roku przez trójkę białowieżan: Sergiusza Tarasiewicza, Borysa Russko i Piotra Bajko. W tym rejonie szukali oni pomnika upamiętniającego tragiczną śmierć robotnika, który zginął, pracując przy naprawie pobliskiej linii kolejowej. Gdy natrafili na niewielką polankę, zaczęli odczuwać jej pozytywny wpływ… i tak to się zaczęło.

Dziś mamy tam oznaczony i zagospodarowany przez park teren, do którego pielgrzymują tacy jak my spacerowicze i poszukiwacze mocy.

Według przytoczonej opowieści moce tego miejsca zostały odkryte przypadkowo i wygląda na to, że odbyło się to całkowicie na zasadzie odczuć.

Potem próbowano te odczucia potwierdzić i uzasadnić pewnymi obserwacjami oraz analizami, ale punktem wyjścia całej historii były poszukiwania, w trakcie których percepcja nakierowana była na coś zupełnie innego niż „moc”.

Można się więc zastanawiać, czy tak właśnie zaczynały się i zaczynają się dziś historie takich miejsc. Czy faktycznie odkrywa się je w ten sposób, że ktoś gdzieś sobie podąża, wędruje, czegoś szuka i nagle coś czuje?

A jakie były nasze odczucia?

Objawiło się nam kilka rodzajów mocy, z których „moc zwodniczej percepcji” zaskoczyła nas chyba najbardziej.

Moc pierwsza — okno

Wyjazd zaplanowany z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Przed wyjazdem całe dnie wypełniają ulewne, smutne i gęsto szare deszcze. Dzień wyjazdu i cały wyjazd: przepiękna, złota i lekko już mroźna jesień. Nic, tylko fotografować, malować, wędrować i na wszelkie sposoby delektować się magicznymi widokami.

Po zakończeniu wyprawy całodzienne ulewy szybko wracają.

I za tę moc pogodowego okna pięknie dziękujemy.

Moc druga w ptasim dźwięku zaklęta

Tutaj mogę zostać posądzona o nadinterpretację i liczę się z tym zagrożeniem, ale naprawdę ptaki mocno objawiły się dźwiękowo, jak tylko zbliżyliśmy się do Miejsca Mocy.

Szliśmy sobie w leśnej ciszy bardzo długo, koncentrując się mocno na odmarzających palcach. W bardziej zacienionych odcinkach lasu te minus dwa stopnie, dawały się mocno we znaki zaskoczonym spacerowiczom reprezentowanym przez naszą maleńką grupę.

Na wejściu do Miejsca Mocy mrożący mrozik zszedł na dalszy plan, bo zrobiło się niezwykle gwarno.

Jakieś maleństwa, w liczbie kilku, zaczęły głośno hałasować i intensywnie skakać po gałęziach nad naszymi głowami. Dzięcioł nagle zainicjował donośne stukanie, jakby mu się właśnie teraz zebrało, aby z całą mocą eksplorować pobliskie drzewo. I głośne krakanie krążyło wysoko nad drzewami. (Aż nas to wszystko na wejściu zatrzymało i do nagrywania dźwięku zmotywowało!)

Byliśmy w Miejscu Mocy o tej porze zupełnie sami. Nikogo nie mijaliśmy też po drodze, więc może ptaki tam były, bo ich nikt nie płoszył? A może zazwyczaj jest ich tam więcej ze względu na specyficzny skład gatunkowy tego miejsca i coś tam mają fajnego do jedzenia? W opisie Miejsca Mocy znajdziemy informacje, że rosną tam specyficzne, jak na ten las, gatunki drzew i krzewów.

Ja jednak skłaniam się ku stanowisku, że głośna ptasia ekipa była zbyt różnorodna, żeby ją tak prosto zredukować do wspólnych potrzeb pokarmowych. Będę się więc upierać, że zaobserwowaliśmy wzmożoną, a mówiąc bardziej moim językiem — „magicznie wzmożoną” — dźwiękową aktywność ptaków.

Moc przeoczenia

Trzecia moc zaskoczyła mnie najbardziej. Jak mogłam tego nie połączyć?

Jesteśmy już w Białowieży, wieczór na dzień przed planowanym spacerem po moc. Wydane zostaje rozporządzenie, że wszyscy członkowie ekspedycji, którzy o miejscu nie czytali, teraz niezwłocznie mają się za to zabrać. Ja jako jedyna akurat to skromne zadanie już wcześniej wykonałam (taki to wzór ze mnie). Ale był to mój jedyny sukces czytelniczy w ramach przygotowań.

Okazało się jednak, że wcale nie czytałam dokładnie, bo zupełnie nie rozumiałam, dlaczego po chwili padło tak głośno i z lekkim przerażeniem pytanie: „Jutro jest 20 października, no nie? Tak, no i co z tego?”

20 października 1947 roku to data wyryta na pozostałościach pomnika upamiętniającego śmierć osoby pracującej przy naprawie torów. Tego właśnie pomnika, którego poszukiwali odkrywcy Miejsca Mocy. Nieświadomie zaplanowaliśmy więc wizytę dokładnie w rocznicę daty uwiecznionej na murku upamiętniającym tragiczny wypadek.

A ja przecież „czytałam” przed wyjazdem i o miejscu, i o tym pomniku, i dokładnie ten sam artykuł, i zupełnie tego nie połączyłam. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać percepcja czytelnicza i każda inna. Jak wiele dostrzega, a jednak jak wiele pomija, bo być może pominąć musi, aby bardziej zobaczyć we właściwym czasie.

Zdecydowaliśmy, że musimy odszukać pozostałości tego pomnika i że wręcz staje się to centralnym punktem jutrzejszej wyprawy. Miejsce Mocy (o zgrozo) schodzi na dalszy plan. Na szczęście nie trzeba było dokonywać dramatycznych wyborów, bo oba miejsca są obok siebie.

Moc liści, naturalnego oświetlenia i nietypowego zgromadzenia

Dość trudno było odszukać ten niewielki fragment płaskiego, kamiennego murku z wyrytą datą, literami i krzyżem prawosławnym. Miejsce, gdzie znajdują się pozostałości cementowego murku i płyty z krzyżem, nie jest w żaden sposób oznaczone. Musieliśmy trochę pokrążyć i wnikliwiej oglądać okolicę, bo leśne podłoże zalane było dywanem żółtych liści. Dosłownie sypały się z drzew po pierwszym w tym roku przymrozku.

Około południa udało nam się zlokalizować poszukiwane miejsce, a w nagrodę intensywne słońce świeciło dla nas piękną smugą światła, rozszczepioną między dwoma drzewami, wprost na punkt z fragmentami pomnika.

Tworzyło to naprawdę magiczny widok i nietrudno było pomyśleć, że miejsce to jest celowo tak zlokalizowane, aby promienie słońca mogły w odpowiednich warunkach i w odpowiedni dzień tak to miejsce oświetlić.

Oczywiście tu już jestem głęboko świadoma bardzo głębokiej nadinterpretacji, ale trudno było nie poczuć czegoś specjalnego w klimacie stworzonym przez złotą jesień, oszronione i intensywnie spadające liście, las, datę i grę świateł.

Staliśmy tam na tyle długo i intensywnie, że zmyliliśmy kilku turystów, którzy po jakimś czasie pojawili się w opustoszałym tego dnia lesie. Zamiast skręcić do Miejsca Mocy, dołączyli w milczeniu do naszego zgromadzenia, a potem zawrócili do Białowieży. Troszkę ich obserwowałam (przepraszam), ale to przez wyrzuty sumienia, bo z opóźnieniem zrozumiałam, że pewnie wprowadziliśmy ich w błąd naszym wpatrywaniem się akurat w te kamienie i nie poszli na „właściwe” Miejsce Mocy przez nas.

A może to było właściwe miejsce? Może tak miało być, że mieliśmy tam wspólnie stać 20 października?

To przecież od tego miejsca, od tragicznych wydarzeń, które upamiętnia, zaczęła się współczesna historia tej przestrzeni. Gdyby nie to miejsce, gdyby nie jego wezwanie i jego poszukiwacze, prawdopodobnie pobliska polana nigdy nie zostałaby z przestrzeni leśnej wyodrębniona i miejscem mocy nazwana.

Przeoczyć, aby zobaczyć bardziej

Chyba że znów coś przeoczyliśmy? Chyba że znów czegoś nie wiemy? Na pewno! Tak jednak wyglądała nasza o tym miejscu legenda i tak wyglądało nasze z nią spotkanie.

Świadomi dziur w naszej wiedzy i percepcji, ale wdzięczni białowieskim rejonom za tak piękną wyprawę, otwarci na nowe interpretacje, zostajemy więc ponownie z otwartym pytaniem: co z tą mocą? Co nią jest? Co tu jest mocą dobrą, a co złą?

A może te moce są zawsze ze sobą połączone — ciemna i jasna, piękna i bolesna, szczęśliwa i tragiczna. I obie należy zobaczyć. I obie należy uwzględnić. Dokładnie tak, jak stało się w trakcie naszego spotkania z białowieską przestrzenią.


Nie podejmę się tutaj oczywiście wyzwania, aby cokolwiek rozstrzygać. Nadal nie wiem zupełnie, jaka jest recepta na miejsca i na moce. I te dobre, i te złe. I zapewne żadna z naszych książek nie odpowie w pełni na te pytania.

Od kiedy jednak zaczęłam w ogóle rozważać moc miejsc i ich właściwości, bardziej rozglądam się wokół i trochę wnikliwiej patrzę na to, co nas w przestrzeni otacza, i czym my ją otaczamy.

I nie zawsze dochodzę do radosnych wniosków (a czasem nawet dość mocno marudzę).

Nie jestem więc pewna, czy ta seria i te rozważania trochę mi nie zaszkodzą, bo w jej efekcie w relacji z przestrzenią spore zmiany zachodzą. Gdy tak sobie szaleńczo i roszczeniowo wymagamy, że w zabetonowanej przestrzeni mocy szukamy.

Z drugiej strony to, co w cieniu, i to, co przeoczone, i tak znajdzie swoje sposoby, aby zostać zobaczone.

Przynajmniej w naszej opowieści tak właśnie było! I na pewno nam się to nie śniło :)


Przeoczenia mają swoją moc, ale na pewno nie chcemy całkowicie przeoczyć książek!

W następnym odcinku tej serii* będą już występować.

* Chociaż nadal uważam słowo „seria” za zbyt poważne, bo ma blisko do „na serio” i do „stresuje”, ale niech zostanie, skoro się objawiło.

Będziemy się więc seryjnie i na serio błąkać za mocami i po miejscach, ale podążymy tym razem już książkowymi trasami, które przeszli inni. Poniżej zapowiadane zdjęcie stosiku w jego aktualnym kształcie:

Materiały do budowy książkowego kręgu mocy

I teraz też już zapowiadany „kamienny apel”. Czuję, że moja kolekcja książek na temat mocy miejsc jest jakaś nieuziemiona, niedociążona. Wagowo i tematycznie lekka nie jest (zwłaszcza te dwa głazy na szczycie), ale brakuje mi kamieni, tych prawdziwych.

Kamienie się przecież za miejscami mocy nieustannie toczą.

O co więc chodzi z kamieniami ogólnie i o co chodzi z kamieniami w ich relacji z mocą miejsc. Czy one tę moc nadają, czy ją współtworzą, przyciągają, a może tylko oznaczają?

Sporo książek z mojej listy mocno unosi się z wiatrem wyobraźni i krąży w krajobrazowych przestworzach, a tam są wiry, trąby powietrzne i inne wietrzne cuda. Muszę więc je na tych kamieniach osadzić i troszkę kamieniami przygnieść, żeby wiatr ich nie rozwiewał po okolicy.

Jeśli ktoś z Was natknął się na ciekawe kamienne opowieści (z dowolnej dziedziny i dowolnej perspektywy - na serio z dowolnej!), to będę wdzięczna bardzo za rekomendacje wszelakie, nawet jeśli wystąpi w nich ktoś z Annunakich! :) ✨


1„Miejsce Mocy w oddziale 495”, Encyklopedia Puszczy Białowieskiej

Miniaturka: Photo by Frederick Wallace on Unsplash

Read more