Alchemia słuchania - spotkanie z książką „Focusing” Eugene’a T. Gendlina
Słuchanie wydaje się być nicnierobieniem, pustką, brakiem aktywności, oczekiwaniem na aktywność, wstępem do mówienia, okazją do przygotowania odpowiedzi, wyczekiwaniem na możliwość reakcji. Nie nobilituje, nie daje awansu. Jest tłem i w tle pozostaje.
Książka „Focusing” na słuchaniu się skupia i to tę aktywność (tak, jest to aktywność, nie bierność) wysuwa na plan pierwszy.

„Focusing” autorstwa Eugene’a T. Gendlina to tak naprawdę niewielka książeczka o charakterze poradnika, która opisuje prostą (ale nie tak łatwą w wykonaniu) metodę słuchania swojego ciała.
Co dla mnie było szczególnie ciekawe, pokazuje też, jak być absolutnym słuchaczem i jak pięknym gestem jest ofiarowanie komuś swojej całkowitej uwagi.
Przyznaję jednak, że nie od razu mnie zachwyciła.
W pierwszym zderzeniu „Focusing” wydał mi się kieszonkowym poradnikiem nie najnowszej generacji, bo rok pierwszego wydania to 1978. I odniosłam wrażenie, że próbuje mi sprzedać jakąś dziwną metodę, zaczynając, jak to zwykle, od wychwalania jej skuteczności. A taki konstrukt, gdzie zaczynamy od zbyt licznych przechwałek i dowodów słuszności, potrafi mnie naprawdę zniechęcić.
Wiara i czucie co do „Focusing” zaczęły jednak powracać wraz z przejściem w obszar zwany drugą połową książki. A wkręciłam się już całkowicie, gdy zaczęłam z tą książką wykonywać drugie okrążenie (znowu spirala 🌀). Być może w drugim podejściu zaczęłam tej książki uważniej słuchać.

Gdzie focusing ujawnił się po raz pierwszy?
Eugene Gendlin pracował na Uniwersytecie w Chicago, gdzie brał udział w badaniach na temat niskiej skuteczności psychoterapii. Zauważono tam, że o sukcesie terapii wcale nie decydowała metoda terapeutyczna. Decydowało to, czy pacjenci w trakcie rozmów przeprowadzali pewien intuicyjny (dla niektórych) wewnętrzny proces. Niektórzy pacjenci zatrzymywali się na chwilę, aby zaczerpnąć wiedzy z wnętrza. I właśnie ten element decydował o największym sukcesie.
To zatrzymanie ujęto potem w serię kroków, tworząc metodę nazwaną focusing.
Zadaniem tej metody jest pomoc w dotarciu do wewnętrznego sedna napięć i problemów. W tym celu należy właśnie skierować uwagę głęboko do wnętrza, do ciała i próbować się z nim skomunikować tak, aby uzyskać pełne, cielesne zrozumienie problemu.
Czy ciało faktycznie nam odpowie?
Focusing zakłada, że tak, bo korzystamy tutaj z bardzo naturalnego mechanizmu. Jesteśmy „zaprogramowani” na relację i dialog. Pytanie rozpoczyna interakcję - dialog, który naturalnie dąży do zamknięcia. Wysyłając zapytanie, narzucamy niejako konieczność wygenerowania odpowiedzi.
Nie jest tu wyjątkiem nasze ciało. Pytanie skierowane do wnętrza, przy odpowiednim nastawieniu i skupieniu, wróci do nas z otchłani cielesnej nieświadomości z odpowiedzią.
Inteligencja ciała
„Focusing” z całą mocą zakłada więc, że ciało nie jest tylko fizjologicznym bytem, ale posiada swoją własną inteligencję i swoją własną świadomość. I nosi w sobie tzw. cielesne, fizyczne poczucie sensu, a w nim zaklęty ogląd całościowy.
Ogląd całościowy, czyli źródło tego, co rozdzielone potem zostaje na rozum i emocje.
Gdy zbytnio poddajemy się dyktaturze umysłu, analizujemy, racjonalizujemy, to zazwyczaj mocno błądzimy i zatracamy się w gąszczu domysłów. Gdy ulegamy falom emocji, to one przejmują stery, na które nie zasługują, bo same w sobie również całej prawdy nie reprezentują. Na poziomie świadomym dysponujemy więc wiedzą podzieloną, elementami układanki, z których żaden nie oddaje całości; czy będzie to gorąca emocja, czy racjonalna, chłodna analiza. Focusing pomaga nam ten podział (rozum vs. emocje) pokonać i dotrzeć do alchemicznego złota w naszym ciele, z którego te podzielone strumienie wiedzy wypływają.
Muszę przyznać, że bardzo, bardzo (!) mnie w focusing urzekło to właśnie spojrzenie na ciało jako źródło niepodzielonego jeszcze oglądu.
Coś się zmienia, coś się przesuwa, coś się transformuje.
To wewnętrzne odczucie, to fizyczne sedno problemu nazwane jest tutaj „sensem odczuwanym w ciele” (ang. felt sense). A w dotarciu do niego pomaga nam uwaga skierowana do wnętrza, wewnętrzny dialog i słowa.
Musimy znaleźć te najwłaściwsze słowa (lub obrazy, symbole), które najtrafniej opiszą ten najgłębszy, odczuwalny w ciele sens.
Jeśli w te najwłaściwsze słowa trafimy np. „No tak, to zawsze chodziło o zaufanie…”, to wtedy dzieje się magia, którą nazywa się w tej metodzie „zmianą odczuwaną w ciele” (ang. body shift). Z tą właśnie zmianą, z tym przesunięciem przychodzi wyczekiwana ulga.
Ulga, bo kropki się alchemicznie połączyły i to, co w ciele, jest teraz częścią świadomości. Jesteśmy już więc po tym „ahhhh, ufff, aha, tak, to o to chodzi”.
Ale jest to takie „ufff” głęboko w ciele doświadczone.
I co najciekawsze, nasz wyjściowy problem wcale nie musi się w ten sposób rozwiązać. On sobie nadal w naszym świecie istnieje, ale reakcja na niego jest inna, lżejsza, luźniejsza.
Ciało wie, zanim pojawią się słowa
Gendlin, jako przede wszystkim filozof i fenomenolog, zwraca uwagę na dość subtelną kwestię.
Focusing (subtelnie) wskazuje bowiem, że znaczenie jest wcześniejsze niż słowa. Odwraca to trochę nasze potoczne rozumienie, w którym to słowa uznajemy za coś, co tworzy i nadaje znaczenie.
W focusing najpierw mamy znaczenie w ciele, a słowa próbują tylko zostać jego najwłaściwszym nośnikiem. Są one narzędziem pomagającym zintegrować z naszą świadomością to, co źródłowe, cielesne i nieuświadomione.
Nieświadomość, czyli różnie definiowany rezerwuar nieuświadomionej wiedzy, jest więc według Gendlina czymś, co możemy napotkać niezwykle blisko nas. We własnym ciele.
I autor mocno to podkreśla, bo takim zdaniem zaczyna wstęp do wydania na 25-lecie:

(„Dwadzieścia pięć lat temu, kiedy focusing był czymś nowym, zaszokowałem kolegę na uniwersytecie, mówiąc: ‘Nieświadomość to ciało’.”, Eugene T. Gendlin, Focusing)
Efekt podwójnego słuchania
I tutaj moglibyśmy już nasz dzisiejszy focusing zakończyć, bo alchemiczne złoto zostało nazwane, a ścieżka do niego wyznaczona.
Jest jednak jeszcze jeden ważny i fascynujący aspekt całego procesu, i jeszcze jeden towarzysz, towarzyszka naszej wyprawy po złoto cielesnego zrozumienia.
Osoba towarzysząca. Osoba słuchająca.
Focusing polega na słuchaniu siebie i swojego własnego ciała. I oczywiście możemy to robić w samotności, w pojedynkę.
Okazuje się jednak, że bardzo pomocne jest, jeśli w trakcie naszych nasłuchiwań ktoś inny słucha nas. Uzyskujemy wtedy coś, co nazwałam sobie efektem „podwójnego słuchania”.
Osoba będąca w procesie słucha swojego ciała (ang. focuser), a osoba towarzysząca (ang. listener, focusing partner) słucha osoby próbującej usłyszeć samą siebie.
Osoba towarzysząca nie jest terapeutą. Taką osobą może być każdy, kto jest w stanie ofiarować swoją absolutną uwagę (to bardzo ważne – pełne skupienie na drugiej osobie) i potrafi przyjąć tę piękną postawę nazywaną słuchaniem absolutnym, słuchaniem odzwierciedlającym (ang. reflective listening).
W praktyce takie słuchanie oznacza, że zamiast doradzać czy komentować, przede wszystkim głęboko słuchamy, a jeśli faktycznie trzeba to tylko parafrazujemy, odbijamy emocje, upewniamy się, czy dobrze zrozumieliśmy, dając szansę osobie będącej w procesie na pogłębione usłyszenie samej siebie. (Pomocne są tu zwroty takie jak: „Brzmi, jakbyś czuła…”, „Czy o to chodzi?”, „Mhm”, „Rozumiem”, „Mówisz, że…”, „Czyli czujesz to tak, że…”.)
Osoba słuchająca staje się trochę takim „słuchającym lustrem”. Tak jak lustro pomaga nam się zobaczyć, tak tutaj osoba słuchająca pomaga nam się usłyszeć. I według „Focusing” obecność tak absolutnie skupionego słuchacza ogromnie pomaga.
Czyli sam fakt, że ktoś nas prawdziwie słucha i kieruje na nas w pełni światło swojej uwagi, wprowadza dodatkową warstwę pozytywnego oddziaływania.
Oddziaływania przez sam akt słuchania.
Ja słucham ciebie, żebyś mogła usłyszeć siebie.
Dużo o tym, co stwierdza zdanie powyżej, teraz rozmyślam, bo dla mnie jest to naprawdę alchemiczno-magiczny punkt tej metody.
Alchemia słuchania i słyszenia, i bycia słuchaną, i bycia usłyszaną.
Bo zastanówmy się przez chwilę. Skąd się tak naprawdę bierze ta magia efektu słuchacza i transformująca moc słuchania? Jak to jest, że głębokie słuchanie swojego ciała, bycie prawdziwie słuchanym tak wiele zmienia, a nauczenie się prawdziwie słuchać tak bardzo pomaga?
Nie wydaje mi się, że używając, wbrew samej książce1, określeń alchemiczno-magicznych, popełniam tutaj duże wykroczenie. Możliwe, że są jakieś badania, które tę magię rozpisują na równania, ale dopóki do nich nie dotrę, będzie mi towarzyszyć jako symbol tego procesu mandorla.
A symbol ten objawił się u mnie za sprawą cytatu z innej książki, który także o alchemii słuchania wspomina, do mandorli pięknie nawiązując:

(„Możesz podarować drugiej osobie cenny dar, jeśli pozwolisz jej mówić, nie zanieczyszczając jej wypowiedzi własnymi treściami. Jeśli stworzymy odpowiednią przestrzeń, możemy tworzyć mandorle mowy i uzdrawiać wiele rzeczy. W sprzyjających warunkach sami stajemy się poetami.” Robert A. Johnson, Owning Your Own Shadow)
Mandorla to wspólna część, powstała na skutek przecięcia się dwóch okręgów. Czy taką właśnie mandorlę tworzymy, uważnie siebie lub kogoś słuchając? Czy konstruujemy w ten sposób trzecią przestrzeń (tę połączoną), która niczym alchemiczne naczynie tworzy miejsce, kontener, w którym może zajść reakcja, której zajście nie jest możliwe, jeśli okręgi się nie przecinają?

A za dzisiejszą sesję, za wysłuchanie i za wspólną mandorlę pięknie dziękuję!

(„Nie przerywaj ciszy przez co najmniej minutę.” Eugene T. Gendlin, Focusing)
1 Podkreślam tu mocno (ale jednocześnie nie za mocno), że wszystkie alchemiczno-magiczne skojarzenia w tych dzisiejszych rozważaniach to już moje dopowiedzenia. Sama książka trzyma się analitycznego, psychologicznego i praktycznego języka, bez magii, alchemii i zaklęć (ale moim skromnym zdaniem na pewne magiczne procesy wskazuje ;)). Kto jednak alchemicznych kotłów nie lubi, może spokojnie po „Focusing” sięgać (a kto za nimi tęskni, może sobie zawsze je pięknie dopowiedzieć :)