Dzika Kobieta biegnie z wilkami i ma misję

Share
Dzika Kobieta biegnie z wilkami i ma misję
Photo by Cassie Boca on Unsplash

Notatki, refleksje i … synchroniczności inspirowane książką Clarissy Pinkoli Estés „Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach”

Część druga: Misja


W poprzednim wpisie gawędziłam o przekraczaniu bramy.

Bramy, która otwiera nasze dusze na spotkanie z archetypem Dzikiej Kobiety.

I okazuje się, że ta sama brama może być też początkiem pięknej kobiecej misji. Gdy czytałam „Biegnącą z wilkami”, to właśnie opowieści o misji sprawiały, że dzwoneczki dzwoniły najgłośniej. Postanowiłam więc tego dzwonienia nie ignorować (mimo że numer był nieznany) i trochę sobie o tym zanotować.

Clarissa Pinkola Estés, Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, przeł. Agnieszka Cioch, Zysk i S-ka, 2023, s. 414.

Zaczniemy więc dziś od odrobinę dziwnego spotkania, bo spotkamy się z … głodem duszy. Podobno to ten rodzaj głodu wysyła nas na te najwłaściwsze misje.

Potem staniemy nad kotłem w starym domku w lesie, aby tę głodną duszę karmić. A odżywiać ją chcemy właśnie pasją, czymś, co głęboko napędza kobiece serce i objawia się w najgłębszych snach. W tych snach, w których wilczyca przychodzi spojrzeć nam niecierpliwie w oczy.

Dla każdej z nas jej spojrzenie będzie oznaczać coś innego, coś w innym odcieniu, w odmiennym kolorze i zupełnie innego rozmiaru. I tylko nasza dzika natura może rozpoznać, co konkretnie jest tym celem, tym naszym snem, tą naszą podróżą.

I niekoniecznie ma to być coś wielkiego, bo słowo „misja” trochę takie wielkościowe nacechowanie ma. A tu wcale nie o wielkość chodzi. Może to być mała czerwona niteczka, która od niepozornej zabawy w szycie zaprowadzi nas kiedyś nad wilcze jezioro. I tam te pięknie wydziergane rubinowe rękawiczki ochronią nas przed wieczornym chłodem.

Biorąc do ręki kłębek wełny, nie wiemy, na co nam się przyda, ot takie dziwne hobby, ale jakoś nas męczy i wzywa. Wzywa, ale prawie nigdy nie krzyczy, bo nie chce dokładać goryczy w świecie krzykiem przepełnionym.

Czasami tylko cicho bije w niewielkie dzwony.


Głód duszy - hambre del alma

Kiedy osobiste życie duchowe pali się na popiół, kobieta traci najcenniejszy skarb i zaczyna przypominać wyschły szkielet.

- Clarissa Pinkola Estés, Biegnąca z wilkami, s. 304.

Głód duszy - hambre del alma dopada kobiety, które chodzą w nieswoich butach. Nawet jeśli dostały te buciki i piękne, i nowe, żywo kolorowe, to gdy nie są one skrojone na miarę jej i tylko jej duszy, uwierają i całą moc w gardle ściskają.

Nawiązuję tutaj do motywu z opowieści o czerwonych trzewikach, ale ta historia to tylko jedna z poruszających baśni, za pomocą których Clarissa Pinkola Estés próbuje nam pokazać duchowe i psychiczne skutki utraty połączenia ze sobą, utraty połączenia ze swoim własnym fundamentem i centrum. Skutki oddania innym prawa do definiowania, kim jesteśmy i na czym opieramy swoje stopy.

A wilczyca ubrana w nieswoje buty przestaje chodzić własnymi drogami, przestaje szukać, przestaje wyć. Grzecznie siada przy stole i, monitorując każdy ruch, trzyma się skostniałych reguł, przygląda się reakcjom, przegląda się w krzywych zwierciadłach.

I co z tego, że poprawnie i zgrabnie posługuje się sztućcami, skoro nigdy się nie najada. Nigdy nie czuje prawdziwej sytości i wywołanego nią spokoju.

Dzika Kobieta ma magiczny kocioł

Misję zaczynamy więc od kuchni, bo to od własnego naczynia wszystko się rozpoczyna.

Ważną rzeczą jest mieć symboliczne naczynie, by włożyć w nie wszystko, co wychwytujemy z dzikiej natury. Dla niektórych kobiet są to pamiętniki, gdzie notują każde przelatujące piórko, dla innych twórczość artystyczna, taniec, malarstwo, pisarstwo. Czy pamiętacie Babę-Jagę? Ma wielki garniec …

- Clarissa Pinkola Estés, Biegnąca z wilkami, s. 431

To właśnie w tym naczyniu, przy wielkim kotle albo chociaż przy malutkim kociołku mamy regularnie się z naszą misją spotykać. Mamy się tam nastrajać i karmić. Eksperymentować i mieszać sekretne składniki w różnych proporcjach, rozszyfrowując w ten sposób sekretny przepis zwany „przepisem na moje życie”.

Żeby misja pięknie gotowała nam się w naczyniu, trzeba też dbać o ogień własny. Trzeba go bardzo świadomie podtrzymywać i żar misji rozbudzać, bo inaczej szybko ugasi go pierwszy deszcz łez, pierwsza porażka, pierwsza krytyka (z wielu).

Nagroda za podtrzymywanie płomienia jest jednak warta zachodu. Jest zdecydowanie warta każdego zachodu słońca spędzonego na pilnowaniu garnka.


No dobra, ale czym tak naprawdę jest ta magiczna kuchnia?

„Biegnąca z wilkami” podpowiada, że tym miejscem może być każda przestrzeń, zakątek, stan, przedmiot, rytuał, każda czynność, która ma te cudowne właściwości nastrajania, odbudowywania rytmu i przypominania o celu, o pasji, o tym, o czym śpiewa cicho nasza dusza.

Może w wersji symbolicznej materializować się u nas jako półka ze skarbami, skrzyneczka narzędzi, słój w skrytce, zeszyt z technikami, poduszka w cichszym kącie, talizmany na szyję. Jeśli faktycznie będzie ta samotnia w lesie lub chociaż własny „misyjny pokój” zamykany na ogromny baśniowy klucz, to tym piękniej, bo pewnie chętniej będziemy tam wracać.

Ta przestrzeń i to powracanie to jednak dopiero zaczątek magicznej mieszaniny. Trzeba się przecież jeszcze nauczyć koncentrować, trenować intuicję i, co najdziwniejsze, zamiatać.

No, ale po kolei.

Dzika Kobieta komponuje w skupieniu

Dobrze skomponowane potrawy nie powstają w rozproszeniu, nie powstają w chaosie. Kontakt z dzikim archetypem wymaga skupienia, wymaga przepływu, swobody płynącej z połączenia, głębokiej ciekawości.

Nasza dzika, kobieca misja wymaga więc skoncentrowanej uwagi. Uznania kotła za ważny, niepytania nikogo o zgodę i świadomego inwestowania naszej uwagi i energii. Nie dlatego, że ktoś nas za to pochwali, ktoś da certyfikat albo wpis do CV.

Tylko dlatego, że to właśnie pragnie jeść nasza wygłodzona dusza.
A głodna dusza nas zasusza.

Siły witalne, chęć do tego, aby faktycznie biegać po lesie z wilkami, nie biorą się z posłusznego siedzenia przy stole i cichego wkładania do ust złotego widelca. Te siły pochodzą z tego, co podajemy sobie drewnianą łychą z parującego kotła w ciemnym lesie.

Oczywiście nikt nam nie zabrania posiadać złotych sztućców. Ważne jest jednak, żeby złoto, z którego powstawały, było prawdziwie nasze. A wiemy z baśni i różnorakich opowieści, że aby nasze złoto się ujawniło, raczej nie ominą nas alchemiczne procesy gotowania w ciemności na naszym ogniu i przyjmowania czasem gorzkich lekarstw. Tylko w takim procesie leczymy stare rany, usuwamy nieaktualne perspektywy i odkrywamy kryjące się pod nimi (albo zaraz obok nich) wewnętrzne skarby.

Trenuje intuicję

Intuicja pomaga wyznaczać kierunek.

Intuicję musimy jednak najpierw poczuć, odbudować, wytrenować, odzyskać kontakt z jej przenikliwym spojrzeniem, naostrzyć miecz. Rozpoczynając wyprawę po symboliczne złoto (nawet maleńki jego odłamek) i szukając aktywnie swojej drogi, musimy na nowo się z naszą intuicją połączyć, przypomnieć sobie, jak się rozpoznaje gwiazdy, jak się pyta o drogę, komu się na tej drodze ufa, a kogo zdecydowanie omija.

Spiralne krążenie, błądzenie, meandrowanie nie jest niczym złym. Jest badaniem, testowaniem, odzyskiwaniem instynktu. Z każdym okrążeniem wzmacniamy wcześniej utracone połączenie z przewodnictwem Dzikiej Kobiety. Odzyskujemy archetypowe zmysły i przypominamy sobie zapachy i pierwotne dźwięki. Rozpoznajemy na nowo ruchy i układy gwiazd, aby wśród nich dostrzec już wyraźnie tę naszą gwiazdę północną.

Tak jak łączność ze współczesnymi sieciami tracimy w lesie, ciemności i samotności, tak połączenie z Dziką Kobietą właśnie w takich warunkach odzyskujemy.

Gubi się i odpoczywa

W trakcie każdej wyprawy, w trakcie każdych poszukiwań, nadchodzi ten moment, gdy się gubimy, męczymy, zniechęcamy. Wtedy naturalnym jest usiąść, odpocząć, pokołysać się na wietrze. Przyjąć zmęczenie jako okazję, żeby się przyjrzeć, czego jest za dużo, czego jest za mało, czy właściwa konstelacja gwiazd nas prowadzi, czy nie zagalopowałyśmy się w biegu.

A im wrażliwsze jesteśmy, im cieńsze wilcze futro było nam dane i im mocniej chłoniemy zewnętrzny świat, tym częściej to zmęczenie może nas dopadać i tym częściej musimy wracać do naszego domu, ogrzać się przy naszym ognisku, uspokoić, nastroić na nowo, poczuć wiatr i wibracje na zmęczonej skórze.

Ma miotłę i nie boi się jej użyć

I może w trakcie tego odpoczynku, w trakcie tego kołysania zobaczymy, że tak bardzo zapatrzyłyśmy się w ogień i głośny zew nowej pasji, że zapomniałyśmy o miotle, która grzecznie w kącie stoi i najcięższego zamiatania się nie boi.

Tak, zamiatania! Bo wcale nie jest to magiczna miotła, na której miałybyśmy lecieć w przestworza. To jest ta (pozornie) zwyczajna, która pomoże nam wymieść to, co już się nam nie przydaje lub nigdy podłogi w chatce zagracać nie powinno. Przypałętało się nie wiadomo skąd lub kupiłyśmy bez sensu od jakiegoś nachalnego sprzedawcy marzeń.

Wszystko to trzeba naszą potężną miotłą wymieść, zwrócić do lasu lub oddać nadawcy, a podłogę wypucować czystą, orzeźwiającą wodą.

I tak otrzeźwione, lżejsze, wyspane możemy wrócić na nasze wilcze ścieżki.

Photo by Gabriel Lenca on Unsplash

Rechot

Zamiatanie, doglądanie płomienia, praca z intuicją, misja - wszystko to brzmi dość poważnie. Ale najciekawsze jest to, że wcale nie powinnyśmy w tym całym biegu zachowywać się za bardzo wzniośle, wyniośle i na serio serio. Dusza uwielbia dziki rechot. I ten żabi, i ten twój.

Śmiech dodaje energii, ożywia, czyni trudne rzeczy lżejszymi, otwiera perspektywy, uwalnia napięcie, pozwala płynąć. Wystarczy spojrzeć, jak żaba sobie fajnie rechocze, unosząc się lekko na wodzie i gapiąc się na ciebie, gdy ty z kolei wgapiasz się w nią jak w siódmy cud świata.

I dla mnie ten rechot, ten dziki, ale przyjazny śmiech i płynąca z niego spontaniczność jest na tyle ważny i bliski, że chyba będzie tematem trzeciego spotkania z Dziką Kobietą. Bo dzika kobieta się dziko śmieje i wygłupia nie tylko od święta 😇 🐸

Photo by Cassie Boca on Unsplash