Słomka, węgielek i groch. Jungowska interpretacja baśni braci Grimm według Marie-Louise von Franz
Ziarenko grochu zaprowadziło mnie do braci Grimm, alchemii i Marie-Louise von Franz. O tym, jak prosta baśń odsłania niezwykłe znaczenia.
Wpis ten powstał w odpowiedzi na zabawę grochem, jaka wykiełkowała na Substacku 🌱 tutaj.
Wyzwanie polegało na tekstowym spotkaniu z motywem grochu lub kary (lub obu na raz), a pierwotną inspiracją był motyw „pokutnego na grochu klęczenia”.
Zapraszam więc do wspólnej podróży w poszukiwaniu ziarnka grochu. A przyznać muszę, że ta książkowa (a raczej tutaj baśniowa) podróż dostarczyła mi całkiem ciekawych wrażeń i ziarnko grochu okazało się być o wiele bardziej skomplikowanym zjawiskiem, niż na pierwszy rzut oka można założyć.
Zostałam więc wywołana do ciężkiego grochowego zadania i od razu zaczęłam nerwowo przeszukiwać moją nudną biblioteczkę, próbując odkryć jakieś grochowe nawiązania, aż w końcu sięgnęłam szczęśliwie po interpretacje napisane przez Marie-Louise von Franz.
Ta analityczka jungowska napisała sporo fascynujących analiz baśni i dzięki niej na mojej półce czekał między innymi niewielki zbiór pt. „Archetypal Patterns in Fairy Tales” („Archetypowe wzorce w baśniach”).
I co z tym zbiorem? Ano, bingo!

Ostatnią baśnią w tym oto zestawieniu okazuje się być „The Straw, the Coal and the Bean”¹ (niem. „Strohhalm, Kohle und Bohne”). Jest to analiza starej opowieści, którą napotykamy w zbiorach braci Grimm.

Baśni tej wcześniej nie znałam i trochę żałowałam, że w tytule widzę jednak słowo „Bean” (w niemieckim oryginale: „Bohne”)1, bo to oznacza, że mowa będzie bardziej o fasoli niż o grochu. Ale rzekłam sobie, że jeśli to moje fasolowe danie przyrządzę w wersji wyjątkowo rozgotowanej, to ciężko będzie zauważyć różnicę i pewnie uda mi się z tego poskładać jakąś grochową opowieść.
I znów instynkt mnie nie zawiódł, bo okazało się, że chęć zamiany fasoli na groch nie tylko mnie kusiła. Polskie tłumaczenie (gdzieś z roku 1924) zatytułowane jest właśnie „Słomka, węgielek i groch”. Cyfrowy ślad i naoczny dowód prezentuję poniżej2:

Żeby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tłumacz Marceli Tarnowski wybrał groch (a nie bób lub fasolę bardziej chyba pasującą do oryginału i samej treści opowieści), to trzeba by przeprowadzić osobne rozważania3. Zwłaszcza że za kilka akapitów pojawią się też o to bardziej biologiczne pytania.
A na razie tylko dodam, że naprawdę nie sądziłam, iż poszukiwanie wątków z grochem związanych, zawiedzie mnie aż tak daleko w kwestie różnic w tłumaczeniach, a nawet w obszary mocno tragicznego (niestety) życiorysu tłumacza.4
Sama baśń fabułę ma raczej prostą, ale jak to zwykle z baśniami bywa, prostą tylko pozornie.
Mamy tu wieś i ubogą kobietę, która chce sobie ten słynny już groch w kotle przyrządzić. Trochę przy tym gotowaniu bałagan jej się wkrada, bo tu jej ziarnko grochu wypada, tam węgielek z ognia wyskakuje, a i słomka z podpałki na bok odlatuje.
Ta ekipa „zagubionych elementów” na boku się potem dogaduje, żeby wyruszyć razem za granicę, skoro cudem udało im się dziś uratować życie.
Nie wiemy, jaką dokładnie granicę chcą przekroczyć, ale wiemy, że wyruszają. No i faktycznie graniczną przeszkodę szybko napotykają. Na ich drodze staje rzeka we własnej osobie.
Słomka rozkłada się więc w poprzek, słomiany most tworząc, a węgielek, gnany ogniem przygody, zaczyna po nim szybko przechodzić. Słyszy jednak szum wody i staje przerażony. A jest przecież już w środku cały rozżarzony, więc swym wewnętrznym ogniem słomkę spala.
Słomka pęka i razem wpadają do wody, kończąc swoje ziemskie przygody.
Groch, czeka na brzegu, a widząc tragedię kolegów… śmieje się do rozpuku, aż pęka przy akompaniamencie huku.5
I jak to w baśniach bywa, litościwy bohater na końcu przybywa. Krawiec z igłą i nitką czarną jak smoła się zjawia. Zszywa pęknięte połówki grochu ratując naszego wesołka od niechybnej śmierci.
A od tego czasu wszystkie ziarenka ciemną bliznę (szew) mają i tym sposobem o połączeniu z bolesną ciemnością nam przypominają.
I tu pojawia mi się pytanie o to biologiczne zróżnicowanie. Groch raczej wyraźnego szwu nie ma (w przeciwieństwie do bobu i fasoli), stąd znów się zastanawiam, dlaczego tłumacz na groch się zdecydował tracąc odrobinę botanicznego i symbolicznego piękna.
Może po prostu groch skuteczniej w nasz tu lokalny grunt wrastał i dlatego do tłumaczenia tej baśni się dostał?
I też może się po całości tu mylę? Może takie grochu odmiany faktycznie mamy, które z wyraźnym, ciemnym szwem spotykamy? Tu muszę oddać głos osobom bliżej z grochem zapoznanym, a wszyscy tutaj taką jedną postać przecież znamy (nawiązanie do autorki wyzwania ;))
Zostawiając na chwilę botaniczne i tłumaczeniowe spory, pomyślmy, jaki z tej historii płynie morał.
No ja bym chyba miała taki niezbyt lotny wniosek: „Nie zadawaj się z grochem”, bo cię w godzinie śmierci wyśmieje, a sam od tego niewiele zmądrzeje.
Dobrze, że oprócz moich „wybitnych” wniosków mamy też Marie-Louise von Franz, bo ona to z tej opowieści wyczytuje o wiele więcej, o wiele słuszniej i o wiele głębiej.
Na początku zdradza, że opowieść ta w niemieckojęzycznej tradycji ludowej należy do kategorii Schwank, czyli takiej humorystycznej, żartobliwej, czasem absurdalnej opowiastki.
I sama przyznaje, że tego typu utworów w swoich analizach zazwyczaj unikała (może dlatego ta baśń wylądowała na samym końcu zbioru „Archetypal Patterns in Fairy Tales”?).
A dlaczego von Franz unikała humorystycznych wątków?
Po pierwsze, bo humor trudno interpretować. Po drugie, bo to właśnie humor, zwłaszcza ten ciemny, makabryczny, nieprzyzwoity, kryje w sobie najgłębsze prawdy. Bo wielu żartownisiów ma w sobie tę głęboko melancholijną naturę, te pokłady głębokiego smutku, które, połączone z nieprzyzwoitym, brutalnym żartem, tworzą parę przeciwieństw konstruujących tragiczną, ale fundamentalną groteskowość naszej egzystencji.
Naszą baśniową opowieść, zaczęliśmy w kuchni, czyli w alchemicznym laboratorium. Gotowanie to przecież transformacja materii i energii. Ujarzmianie i integracja sił natury, tak aby wydobyć z nich to, co daje moc, kreuje, podnosi świadomość, pomaga wzrastać. I tym wszystkim tutaj Matka Natura steruje, ukazując się pod tak popularną w baśniach postacią starej mądrej kobiety (wiedźmy).
Marie-Louise von Franz podejrzewa jednak, że z tą konkretną kobietą w tej konkretnej opowieści może być coś nie tak. Gubi i rozrzuca, bo się pewnie spieszy. Jej pośpiech i nerwowość karmią ciemność. Gdy jesteśmy zestresowani, w biegu, zmęczeni, to popełniamy błędy, mówimy złe rzeczy, dajemy dojść do głosu naszemu cieniowi, mrok łatwiej znajduje szczeliny i wypełza.
Jednak to właśnie upuszczenie ziarenka grochu (utrata) i spotkanie utraconej części z węglem (ciemnością) daje szansę na odnowę, na odrodzenie. Kiedy przez swoją nieuważność rozrzucamy to, co istotne (ziarenka grochu) i karmimy energią nasze tłumione podziemie (gorący węgiel), to mocno aktywujemy naszą ciemność i uwięziony w niej żar.
Aktywna ciemność staje się dla nas widoczna. Aktywną ciemność trudniej ignorować. Aktywna ciemność domaga się spojrzenia, a samo jej zobaczenie, samo skierowanie na nią świadomego wzroku, rozpoczyna proces transformacji.
Alchemicy twierdzili, że czarny węgiel ma w sobie ukryty ogień, będący metaforą wewnętrznej pasji, energii, bólu i popędów spalających nas od środka.
I taki był też węgielek w naszej opowieści. Płonął w nim ogień przygody, ucieczki. Ale w połowie drogi przez słomiany most zastygł, zamarł. Usłyszał wodę, czyli swoje przeciwieństwo, i przeraził się tym granicznym spotkaniem. Zatrzymał proces transformacji i przechodzenia na drugi brzeg rzeki. Nie dotarł tam, gdzie świadomość miała spotkać się z tym, co nieuświadomione.
I słomka, i węgielek zatracają się w procesie ucieczki. Nie znają siebie, nie znają granic swoich możliwości. Słomka zapomina, że jest zbyt słaba, aby być mostem dla ognistej pasji, a węgielek jest zbyt rozżarzony, aby przejść po kruchym moście i nie bać się spotkania z chłodem rzecznej wody.
Groch jest jedynym uciekinierem, który w tej wyprawie nie ginie. Bezpiecznie obserwuje sytuację z brzegu, a widząc tragedię rozgrywającą się na rzece … wybucha śmiechem.
Tak, groch ma tutaj mroczne, groteskowe poczucie humoru. I jest to jego siła, ale jak każda siła, gdy występuje w nadmiarze, może zniszczyć tego, kto ją w sobie niesie.
Przez chwilę mamy więc tu połączenie alchemicznych przeciwieństw. Tragedii i nagłej śmierci z komedią. Na moment spotykają się tu, w jednym nadrzecznym punkcie, paradoksy naszej egzystencji, która, obserwowana z boku, jest przecież absurdalnym tańcem sensu i jego braku, piękna i brudu, śmierci i walki o życie, ale też szaleńczego, oczyszczającego śmiechu.
Wiemy jednak o tym wszyscy (intuicyjnie albo doświadczalnie), że groch potrafi oczyścić i potrafi rozsadzić (no cóż, czasem dosłownie…).
Tu rozsadza sam siebie śmiechem, bo zapomina o konieczności pilnowania wewnętrznych granic. To, co pokonało groch nie przyszło przecież z zewnątrz. Przyszło ze środka jako niemożliwy do opanowania odruch, jako to, co dysocjuje, powoduje inflację, co daje odlot gdzieś w przestworza, ale bez możliwości powrotu.
Groch przecież tylko grzecznie czekał na brzegu, nie mierzył się ze światem, nie przekraczał rzeki a i tak musiał stoczyć walkę (z samym sobą). Ze swoim żarłocznym śmiechem.
Śmiech pomaga, śmiech uzdrawia, ale śmiech w nadmiarze najpierw zostawia nas na bezpiecznym, ale statycznym, szyderczym brzegu, a potem oddziela, rozdziela, izoluje, odsadza i rozsadza.
Groch pokonało to, czego miał w nadmiarze w środku, czego nie był świadomy, czego nie kontrolował.
Na szczęście, jak to w bajkach, pojawia się wybawiciel.
Na scenę wkracza krawiec z igłą i czarną nicią, a zszyte ziarno grochu na zawsze będzie nosiło ślad spotkania z własną ciemnością, ślad przejścia alchemicznego nigredo, pęknięcia pod naporem wewnętrznej, nieuświadomionej siły. Ale też ślad integracji z siłą płynącą z alchemicznego zespolenia wewnętrznych przeciwieństw.
Tak więc w tej opowieści to nie my klęczeliśmy na grochu w ramach pokuty.
To sam groch pokutę odbywał i swoje wnętrzności boleśnie odkrywał.
1 niem. „Strohhalm, Kohle und Bohne, (ang. „The Straw, the Coal and the Bean”) - jak się przy okazji dowiedziałam, przed sprowadzeniem fasoli (Phaseolus) z Ameryki, niemieckie słowo Bohne odnosiło się bardziej do bobu, a potem wkradła się w jego spektrum znaczeniowe także fasola.
2 J. i W. Grimm, Bajki, przeł. Marceli Tarnowski, Kraków: Księgarnia Powszechna, 1944.
3 Mamy też “Słomka, bób i węgiel” tłumaczenie Franciszka Mirandola. Nie udało mi się natomiast sprawdzić, jak wygląda to we współczesnym tłumaczeniu Elizy Pieciul-Karmińskiej w dwutomowym wydaniu „Baśni dla dzieci i dla domu”. Jeśli ktoś ma tę publikację pod ręką, to będę wdzięczna za potwierdzenie, czy bardziej rozmawia tam do nas fasola, czy groch (podobno jednak fasolka).
4 Majer Callel (pseudonimy: Andrzej Magórski, Andrzej Magurski, Marceli Tarnowski) , O Andrzeju Magórskim, Tarnowski Marceli w Słowniku Tłumaczy, Marceli Tarnowski - Wikipedia,
5 Baśń chyba nie wspomina o huku, ale ja go wyraźnie słyszałam, gdy wersję z grochem czytałam.