Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece
O wybieraniu książek „na czuja” i bibliotekarce, która rozpozna twoją duszę.
O wybieraniu książek „na czuja” i tak właśnie wybranej książce „Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece” .
P.S. To miała być króciutka notka o małej książeczce, ale wyszło trochę jak zwykle 🤓
Jedną z moich zabaw jest kupowanie książek „na czuja”.
Zabawa ta polega na wejściu do księgarni i wyjściu. Oczywiście nie jest to cała zabawa. Jej najważniejszą częścią jest instynktowne, intuicyjne, losowe wybieranie książek, z którymi potem ten księgarniany przybytek opuszczam.
Książki, które w trakcie takich zakupów nabywam, nie powinny być wcześniej przeze mnie sprawdzane, poszukiwane, mi rekomendowane. Zasada jest taka, że jestem tylko ja, półki, książki i przypadki. I jest to, co przyciąga, ciekawi, zahaczyło się i spadło (tak, kryteria tego typu też są dozwolone); jest światło z okna, które coś oświetla; mucha, która przez chwilkę zabrzęczy.
Ale regułą jest też brak reguł, czyli ja ostatecznie decyduję, czy preferencje muchy przyjmuję.
Cokolwiek takimi zakupami rządzi, ma mi pomóc „wyjść poza obszar” tego, co zazwyczaj wybieram w ramach bardziej świadomych poszukiwań, wczytywania się i analiz.
Dziś właśnie przedstawiam efekt ostatniej zabawy tego typu.
Muchy żadnej nie było, ale były wahania. Bo najpierw z księgarni wyszłam z pustymi rękoma, aby jednak wrócić i stwierdzić, że coś tam na pewno jest. I na końcu wyjść z tą kupeczką. Całej kupeczki omawiać nie będę, tylko się nią chwalę, bo fotografowanie kupeczek (książkowych ;)) sprawia mi jakąś dziwną radochę. A omówię dziś tylko jeden jej element szczytowy, który oznaczony już został statusem „przeczytane”.
.

„What You Are Looking for Is in the Library” to książka, której autorką jest japońska pisarka Michiko Aoyama, a na angielski przetłumaczyła ją Alison Watts.
Okazało się, że jest też polskie wydanie „Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece” w tłumaczeniu Andrzeja Świrkowskiego. I też się okazało, że inna z książek, które kupiłam, to z kolei druga część serii i pewnie będę musiała nabyć pierwszą.
Książkowe wybory w stylu „na czuja” mają więc swoje poważne wady.
Ale mają też ogromne zalety.
Na przykład nie sądzę, żebym w najbliższym czasie (albo kiedykolwiek) sięgnęła po popularną książeczkę z obszaru literatury japońskiej (prawie w ogóle japońskiej literatury nie znam), z uroczą okładką, kotkiem i różowym brokatowym drzewkiem w tle.
Wszystko zaczyna się od książki (nudnej)
Co mnie do tej książki przyciągnęło najbardziej, to oczywiście jej tytuł.
Bo ja przecież mam to swoje hasełko „Wszystko zaczyna się od książki (nudnej)”, a tutaj książeczka z kotkiem i kubeczkiem twierdzi, że wszystko, czego szukam, znajdę w bibliotece. Nie mogłam przejść obojętnie.
I bardzo szybko ją przeczytałam, bo akurat „na zewnątrz”, tam w „prawdziwym życiu”, panowała mała burza, więc dodawanie ciężaru monumentalnymi dziełami jakoś mnie nie pociągało. A spotkanie z kotkiem wydało mi się całkiem atrakcyjne i w sam raz na moje możliwości.
I była to naprawdę taka kocykowa przyjazna lektura, po której miałam ochotę siedzieć z kubeczkiem rozgrzewającego napoju i skupiać się na małych krokach, subtelnych ruchach, spokojnych przemyśleniach.
Nie wiem, czy to styl pisania autorki, styl literatury japońskiej generalnie, czy sam kształt tych w gruncie rzeczy bardzo prostych opowieści, ale jakoś mnie ta lektura osadzała, uziemiała w prostocie, w tu i teraz.
Pięć rozterek zawodowych
A opowiada nam Michiko Aoyama pięć historii. W każdej z nich poznajemy osobę, którą trapią rozterki. I w każdym przypadku są to rozterki skupione wokół tematów zawodowych.
Każdy z bohaterów jest w okresie transformacji, frustracji, poszukiwań, zmian, niepewności. Nie wiem, czy praca faktycznie jest częstym tematem literatury japońskiej (mam tu prawie zerowe doświadczenie czytelnicze), ale faktem jest, że to moje z nią tu spotkanie pięć razy wiodło na ścieżkę tematów zawodowych.
No i pięć razy wiodło do biblioteki. Każdy z bohaterów z różnych powodów trafia do biblioteki zlokalizowanej w Hatori Community House w Tokio, bo każdy szuka książek na pewne określone tematy. Napotyka potem bibliotekarkę, która ma pomóc te książki wybrać. I je wybiera, ale dorzuca też propozycję od siebie z tzw. zupełnie innej beczki.
Pluszowy mrok z innej beczki
I do tej „innej beczki” bibliotekarka dodaje też mały prezencik, np. malutkiego pluszowego kraba własnoręcznie wykonanego techniką filcowania. (I jak sobie wytwory tej techniki oglądałam, to są naprawdę urocze.)
Czy te urocze prezenciki są przypadkowe?
I ważniejsze pytanie: czy rekomendowane książki są przypadkowe?
Dla naszych bohaterów przypadkowymi nie są. Okazują się drogowskazem, synchronicznością, nowym spojrzeniem, nową perspektywą, nowym ujęciem rzeczywistości, które pozwala im ruszyć z miejsca. I z reguły odbywa się to bez wielkich rewolucji, małymi krokami, tak jakoś powoli, z kubeczkiem i kotkiem, tak uroczo, mimo że trudno.
To chyba mnie urzekło, że jest trudno, ale jakoś przyjemnie, miło, otulająco. Czy to się w ogóle łączy? Czy trudną emocję można ubrać w pluszowy kubraczek, żeby była łatwiejsza w obsłudze?
Kim jest tajemnicza bibliotekarka?
Nie możemy też pomijać odpowiedzi na kluczowe pytanie. Kim jest bibliotekarka? Skąd czerpie wiedzę o tym, co komu i kiedy polecić? Czy jest ona tutaj jakąś postacią z nadprzyrodzonymi siłami, zaklętą w roli zwyczajnego pracownika Community House w Tokio?
Raczej postacią o nadprzyrodzonych zdolnościach nie jest. Przynajmniej nie jest nią oficjalnie.
Zapytana o to wprost przez bohatera ostatniej historyjki, odpowiada, że nawet jeśli ma jakieś poczucie, czego ktoś konkretnie potrzebuje, to nigdy niczego wprost nie sugeruje. Podrzuca tylko książkę i prezencik, bo tak akurat jej pasuje. To właśnie czytelnik znajduje w książce własne znaczenia. Znaczenia niezależne nawet od intencji autora.
Każdy przecież odbiera książkę, opowieści i słowa w niej zawarte na swój unikalny sposób, według swojego unikalnego czucia.

Ale co JA mam zobaczyć?
W trakcie czytania takiej książki kupionej „na czuja”, zastanawiam się też nad tym, co ja miałam w niej zobaczyć, dlaczego się spotkałyśmy. Szukam swojego sensu, swojej perspektywy.
I tutaj zakładałam, że odpowiedzią na to pytanie będzie wybranie historii i postaci, które okazały się mi najbliższe.
I byłam prawie pewna, że będzie to opowieść numer jeden, bo się tam nawet głośno śmiałam, gdy okazało się, że tym, co prowadzi pierwszą bohaterkę na spotkanie z tajemniczą bibliotekarką, jest… kurs Excela. A ja w Excela ostatnio gromami z jasnego nieba rzucałam i o całe zło tego świata to narzędzie obwiniałam.
Oczywiście trochę przesadzam, ale faktem jest, że Excel mnie moooocno wkurzał ostatnio.
A na pierwszych stronach ta książka mnie na kurs z nim związany wysyła… no ładnie.
I tylko zdradzę w ramach ciekawostki, że pierwsza bohaterka oprócz książek o cudownym Excelu otrzymuje magiczną propozycję wypożyczenia książki „Guri and Gura”, napisanej przez Rieko Nakagawę (czyli jak się okazuje popularnej japońskiej książeczki dla dzieci o przygodach dwóch myszy).
Widzimy więc, jak daleko ta rekomendacja pada od popularnego (i mrocznego) oprogramowania korporacyjnego.
Blady strach
I o takie rekomendacje w zdobywaniu książek „na czucie” chodzi.
Tutaj mamy jednak zarówno czującą bibliotekarkę, ale też czujące bohaterki i bohaterów. Bo każda i każdy z nich te rekomendowane książki czyta i swoje znaczenie w nich odnajduje.
Pracę domową każdy więc tu skrupulatnie wykonuje.
No i ja właśnie zakładałam, że główną wiadomość i zadanie dla siebie odkryłam w tej pierwszej historii.
A tu rozchodziło się dla mnie o coś innego. O kogoś innego.
Tu chodzi o tę tajemniczą bibliotekarkę. Ona jest kluczem.
A wiecie dlaczego? Bo jak czytałam te opowieści, to zaczęłam się zastanawiać, czy ja w ogóle do niej bym podeszła, by o te rekomendacje prosić.
Każdy z bohaterów jest do niej odsyłany, bo ona wskaże, podpowie, pomoże. I jej szukają. I gdy ją napotykają, to zaskakuje ich mocno.
I tu pada wiele porównań i opisów jej przytłaczającej postury, bladej cery podkreślanej przez jej zamiłowanie do koloru białego. Zwraca uwagę jej pozbawiona emocji twarz z raczej ostrym spojrzeniem. I to, że dziwnym, przytwierdzającym do ziemi głosem pyta: „Czego szukasz?”
Ucieczka
Gdy tak czytałam, jak każdy z bohaterów na swój sposób opisuje zaskoczenie, onieśmielenie, przestraszenie jej sposobem zachowania i wyglądem, to naszła mnie myśl, że ja raczej zrobiłabym „w tył zwrot”, z wewnętrznym dialogiem przekonującym mnie, że nie potrzebuję wcale o żadne rekomendacje prosić, że ja sobie sama coś wybiorę albo zamówię przez internet. I nikomu nie muszę w żadnej bibliotece głowy zawracać.
No niestety, jestem na 90% pewna, że tak właśnie było. I tak moja własna opowieść o magicznej bibliotece by się zakończyła.
Bohaterki numer 6 w książce nie umieszczamy, bo uciekła.
Zresztą nawet pamiętam pewną panią z biblioteki, której się bardzo obawiałam i na wszelkie sposoby unikałam godzin, w których ona książki wydawała.
A tu, proszę Państwa, klucz polega na tym, żeby jej nie unikać. Tylko ona w tej bibliotecznej grze ma książkowy klucz do naszych rozterek. To ona jest bramą do transformującej zmiany. Nawet jeśli się nie uśmiecha i złowrogo patrzy.
A może właśnie dlatego, że się nie uśmiecha i złowrogo patrzy…
Strażniczka książkowego portalu
Zaczęłam ją odbierać jako strażniczkę przejścia. Strażniczkę bramy do transformacji. Nawet ta jej wielokrotnie przez bohaterów podkreślana „wielkość” na taką rolę wskazuje.
I jeśli chcemy iść dalej, to musimy się z nią dogadać. I wcale nie będzie nas do tego zachęcać, ani słodko się uśmiechać, zapytując łagodnie: „Jak mogę ci pomóc, przestraszona dziewczynko?”.
Ona nas właśnie trochę zatrwoży i sprawdzi, czy mamy choć tę choć odrobinę odwagi, aby zapytać. Bo przekroczenie bramy, tak jak przekroczenie wersji siebie, w której obecnie znajdują się bohaterowie opowiastek, wymaga odwagi. Bibliotekarka tylko testuje tej odwagi niezbędne minimum.
Zresztą wystarczyło przekroczyć próg rozmowy z nią, aby każdy z bohaterów poczuł, że bibliotekarka potrafi prawdziwie otworzyć przed nimi swoje wielkie serce i swoje wrażliwe uszy. Czuje ich i ich prawdziwie słucha. A oni czują się prawdziwie zobaczeni, prawdziwie usłyszani.
Czułostki, czułostkami, ale zadanie wykonane.
Ruszaj w drogę.
Bibliotekarka otwiera serce, ale też skutecznie zaznacza, kiedy przypada tego otwarcia koniec.
Misja wykonana, zamykam portal przejścia, wracam do swoich robótek ręcznych. Pluszaki dla następnych wędrowców się same nie zrobią.
I każdy czuje, że to już koniec dialogu i wymiany, i się grzecznie wycofuje.
Czyż tak nie zachowuje się prawdziwa strażniczka? Wchodzi w interakcję na tyle, ile potrzeba, i w takim stylu, jaki wystarczy, aby strzec, a jednocześnie godnym tego wędrowcom pomóc przekroczyć bramę transformacji.
Na krótką chwilę otwiera dla nas całą swoją moc, całą siłę portalu. Ale potem go bez żalu i bez dramatu zamyka, wracając do skupionego, pozbawionego emocji wyrazu twarzy i przyziemnych, codziennych zadanek.
Wędrowiec zaopatrzony w książkę może iść dalej, bo wszystko, czego szukał, było w bibliotece. I wszystko to dostał (np. w postaci bajeczki o myszach). Teraz trzeba odnaleźć i zrozumieć wskazówki w książce zawarte, a potem poczuć ich dogłębną prawdę w sobie.
I może to być prawda tak maleńka jak te filcowe stworki. Maleńka i urocza, a jednocześnie monumentalna i zmieniająca życie.

Lista książek, czyli „kupeczka” zakupiona w ramach tej zabawy:
- What You Are Looking for Is in the Library, Michiko Aoyama, tłum. Alison Watts.
- Shamans: The Visual Culture of Animism, Healing and Journeys to Other Planes, Max Carocci.
- More Days at the Morisaki Bookshop, Satoshi Yagisawa, tłum. Eric Ozawa.
- The Hitchhiker’s Guide to the Galaxy: 42nd Anniversary Edition, Douglas Adams. (Don’t Panic!;))